Jeszcze mi się przypomniało co do znieczulenia. Przy pierwszej córce brałam ZZO, ale teraz stwierdziłam, że niepotrzebnie. Te bóle nie były takie straszne, tylko człowiek nie wie co go czeka i ile to będzie trwać, więc się boi i bierze. Tym razem idę na żywioł i nie będę wywalać kasy (Pan Bóg na szczęście czuwa nad półgłówkami). Początek, jak pisałam zniosłam bez problemu, ale jak skurcze stały się mocniejsze i co 3 minuty, to mi mina zrzedła. Mąż, który był i przy pierwszym porodzie i teraz, patrzył trochę przestraszony jak się męczę - wprawdzie się nie darłam, ale byłam pół przytomna i nic do mnie nie docierało. No i sam już nie wytrzymał i mówi, "słuchaj, może jednak weź to znieczulenie, co?". A ja w przerwie między skurczami wystękałam "po...bało Cię, przecież zanim znieczulenie zacznie działać to ja już urodzę". Taka mundra byłam. No ale fakt, że Madzia była z nami już po paru minutach od tej chwili.
No i jeszcze tym razem po raz pierwszy Mąż przecinał pępowinę, bo przy pierwszym porodzie nie mógł. Bał się tego i wymyślił, że jak lekarz zapyta czy chce przecinać to mu powie "a co? u was nikt nie umie?". A tu niespodzianka, nikt go nie pytał, tylko mu w rękę nożyczki wsadzili, pokazali gdzie ma uciąć i dziękuję. Tak zdębiał, że zrobił co mu kazali i się nie wyrwał z głupimi dowcipami.