Było tak: mąż zawózł mnie do szpitala po 17.00. O 18.00 przyjęli mnie na blok porodowy. Mąż posiedział ze mną do około 20.00, kiedy zaczęli mi podawać oksytocynę. Potem po uzgodnieniu z położną pojechał do domu trochę odpocząć po pracy. Długo musiałyśmy go przekonywać, żeby sobie pojechał, bo naoglądał się amarykańskich filmów, w których rodzi się w kwadrans i bał się że nie zdąży wrócić. Umówiliśmy się, że wróci około północy i tak dokładnie zrobił. W samą porę, bo mnie właśnie zaczynało boleć. 4 godziny później urodziła się córeczka. Potem już był ze mną jeszcze do 7.00.
Co do obecności różnych osób, to poza mężem w pokoju najczęściej obecna była położna. Zaglądała do mnie bardzo często, badała mnie i dziciątko, pytała męża o częstotliwość skurczy.
Lekarz (facet) przychodził kilka razy kiedy wezwała go położna, czyli w najważniejszych momentach. A kiedy wyciągali malutką - był przez cały czas.
Jeśli idzie o pozycję - na początku się spaceruje i korzysta z różnych wynalazków ułatwiających poród (drabinki, piłki, prysznice...) Ja większość porodu przeleżałam na lewym boku, albo przesiedziałam z przygiętymi nogami (to było świetne!). Pozycja leżąca na plecach z uniesionymi nogami to już naprawdę na ostatnie 5 minut.