Zacznę od początku, była to środa 27.08.2003, wstałam z łóżka i poczułam coś mokrego..... (między nogami). Poszłam do ubikacji i okazało się ze to czop mi odchodzi.Bardzo spokojnie umyłam się i wyszłam z domu na zakupy, trzeba było kupić lampkę do pokoju Viktorii i najeść się na zapas winogronem. Wróciłam do domu o 15-tej i stwierdziłam ze sączą mi się wody, zadzwoniłam do Tomka i poprosiłam żeby wrócił szybciej z pracy, bo musimy pojechać do szpitala i sprawdzić to. Przed bramą szpitala była restauracja, więc postanowiliśmy pójść sobie jeszcze na kawkę (ostatnia we dwójkę). W szpitalu byliśmy o 18-tej i faktycznie okazało się że to wody i muszę zostać, tak bardzo chciałam do domu, ale wiedziałam że tu chodzi o bezpieczeństwo mojego maluszka. A tak marzyłam o tym żeby wszystko zaczeło się w domu (liczenie przerw między skurczami, odejście wód płodowych, a najważniejsze by było domowe zacisze i Tomka ramiona-buuu niestety). Dostawałam antybiotyk co 8 godzin, który miał zapobiec wdaniu się infekcji, tak zleciała noc i pół następnego dnia. W czwartek o godzinie 16-tej dostałam jakiś dziwny czopek ze sznureczkiem (wygladał jak tampon), po pięciu minutach dostałam skurcze co trzy minuty i bardzo bolesne. Zabronili mi wstawać z łóżka, skurcze zmieniły się na krzyżowe a brak ruchu doprowadzał mnie do szaleństwa. Gdybym mogła pochodzić to było by mi lepiej, ale lekarze stwierdzili, że główka jest za wysoko i mam już bardzo mało wód, więc wiłam się na łóżku do 20-tej godziny. W końcu zawołałam lekarkę i mówię, że już nie mogę wytrzymać i niech mi dadzą jakiś lekki środek przeciwbólowy, nie chciałam "zzo", ponieważ panicznie boje się igieł. Lekarka zbadała mnie i powiedziała ze nic się nie dzieje, bo rozwarcie jest na 1 cm, a patrząc na moja minę to nie wyglądam jak by to już były te właściwe bóle-wrrrrrrrr (myślałam ze ja zabije).O 20.30 łaskawie zwięźli mnie na porodówkę i dzięki Bogu była tam na dyżurce polka położna, poprosiłam ją o jakieś znieczulenie, dostałam środek homopatyczny i miałam go powolutku pić między skurczami, a były już co minutę. Byłam prawie nie przytomna i tylko czasami słyszałam jak moje kochanie mówi mi głęboki wdech i wydech, on cały czas oddychał za mnie, bo ja już zapominałam się. Przytulił się do mnie i ze łzami w oczach powiedział "Boże co ja ci zrobiłem, wybacz mi to cierpienie" Nawet teraz jak to pisze to mam łzy w oczach, to były najpiękniejsze słowa jakie kiedykolwiek słyszałam. Zostałam zbadana i rozwarcie było już na 6 cm, główka nisko i mogłam iść pod prysznic zrelaksować się. Ten prysznic nic nie pomógł, bolało jak cholera i jak po raz kolejny usłyszałam od Tomka oddychaj to powiedziałam mu z nerwami "sam sobie oddychaj , bo ja już nie mogę". Po paru minutach wyszliśmy z łazienki i ja mówię do położnej ze chce zapalić, ona patrzy na mnie i mówi to idźcie do pokoju obok i tam zapalcie. Weszliśmy do pokoju odpaliłam papierosa (tylko odpalilam) i dostałam bóle parte, poszliśmy na sale i zajęliśmy pozycje. Tomek siedział na fotelu za moimi plecami ja na hokerze (nie wiem czy dobrze napisałam nazwę, ale chodzi mi o to niziutkie krzesełko). Po około 15 parciach przyszła na świat nasza najukochańsza córeczka, nie nacinali mnie, ale popękałam trochę (może więcej niż trochę). Jak ją zobaczyłam to zapomniałam o bólu, nie wiem nawet kiedy łożysko urodziłam. Płakaliśmy we dwójkę ze szczęścia, tatuś przeciął pępowinę i poszedł z położną umyć i zważyć dziecko ja w tym czasie w pełni sił i rozpierającej energii wskoczylam (dosłownie) na łóżko żeby mogli mnie pozszywać. Kiedy mnie ładnie zacerowali (godzina z hakiem) poszłam do pokoju na spotkanie z córeczką i szczęśliwym tatusiem. To są te chwile których na pewno w życiu się nie zapomina!!!!!!!