Przeczytałam opowieść Tiffi z porodówki i jak większość z Nas popłakałam się strasznie... nie wiedziałam, że można tak wzruszyć tak prostymi słowami... Pierwsze łzy poleciały mi gdy pisała o mężu o tym, że widziała w jego oczach miłość i wsparcie...-mój Marcin nie chce być przy porodzie:-( Boi się...
Później gdy pisała o ćmach-rodzicach...
No i myśli które ostatnio też mnie dopadają czy dam radę?
Boje się, że nie dam rady... Jak Ja wychowam, jak zaopiekuje się taki maleństwem... Chciała bym być dla niej matką, przyjaciółką, wsparciem... Chciała bym byc dla Niej naprawdę ważna i potrzeba....
Znowu ryczę....
Czuje teraz taką ogromna tęsknotę, tak jak bym już znała moja maleńką, a teraz na Nią czekam, żeby znowu Ją zobaczyć... A przecież Ja jej jeszcze nie znam... Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że teraz jest najbliżej mojego serca jak tylko się da, a Ja chce jej zabrać jej prywatny eden przy sercu mamy... U Nas w brzuszkach Naszym dzieciom jest najlepiej cieplutko choć troszkę ciasno, i cały czas słyszą najładniejszą dla Nich kołysankę- bicie naszego serca...
Strasznie tęsknie za moją kruszynką, ale wiem już że przyjdzie do mnie jak będzie na to gotowa....