Asia, nic tylko się cieszyć, że młody tatuś tak polubił swoją rolę i świetnie się w niej odnajduje. Bardzo dobrze, zaprocentuje to na przyszłość. Pewnie też będzie córcię chronił przed wszelkimi, nieodpowiednimi kandydatami, no ale to już taka rola tatusiów córek. Choć mój pod tym względem myślę spisał się na medal. Nie miał większych akcji i lekko zniósł nadejście zięciów. Ale, wracając do tego, co piszesz, fajnie, że on się tak angażuje, bo jest w stanie odciążać Cię od różnych obowiązków i możecie się śmiało nimi dzielić zwłaszcza teraz, gdy potrzebujesz trochę skupienia i czasu na naukę.
Olga, z wielką przyjemnością przeczytałam Twój post. Bił z niego duży optymizm, spokój, wyciszenie i poczucie humoru (o jakim pisała też
Kakakarolina). Chciałabym, by i mi było tak dane, ale ja chyba przy wyprowadzce zgubiłam jakiś dystans i poczucie humoru. Bo czy nie byłoby łatwiej i lżej, gdybym ze śmiechem podchodziła do wszystkiego i też na pytania jak się czuję odpowiadała,że bosko, ale jeszcze nie mój czas,bo nie wszystko gotowe (w końcu mam do poprasowania parę drobiazgów, no i najważniejsze - spakować torbę

). Ale czasem nie jest mi do śmiechu i wszelkie pytania, rozmowy i codzienne telefony drażnią mnie na tyle, że miałabym ochotę wyłączyć telefon. Może to dlatego, że to mój pierwszy raz, boję się, nie czuję jako takich objawów i przez to świruję. M też nie wie, jak to jest (i czy na porodówce go nie zwyzywam

), więc może się bardziej boi. Zobaczymy, trza twardym być nie miękkim i już. Takie posty, jak Twój
Olga i
Kakakarolina są inspirujące i zachęcają do przyjęcia podobnej postawy. Oby się udało.
Mój psiak rzeczywiście jest trudny w leczeniu, wczoraj do 00:30 siedzieliśmy z nim, żeby cała kroplówka mu zleciała, później po 1 byłam z nim na dworze, żeby się załatwił. Ale jeść dalej nie chce drań mały.Moja siostra przed pracą wpadnie z kolejną porcją kroplówki i jakimiś lekami, co by go na równe łapy postawiły. I powiedzcie mi, że zwierzaki nie odczuwają nadchodzących zmian. Już się zaczynam śmiać, że on chce na siebie uwagę zwrócić, żeby nim się też zajmować i skupić uwagę.
Olga, fajnie, że robisz podobne akcje wożenia różnych rzeczy do schroniska - cieszę się, jak o takim czymś czytam, bo mam podobne podejście
Oj
Gorgusia, te wydatki na lekarza rzeczywiście są strasznie wysokie. Ja do mojej chodzę też prywatnie. Najpierw wizyta kosztowała 120 zł, a później 150 zł. Ale i tak nie zamieniłabym jej na żadną inną lekarkę, bo ona się bardzo w tej ciąży sprawdziła i jak dane mi będzie być kiedyś w kolejnej, to też będę chciała do niej chodzić. W kwestii badań,to robiłam wszystko, by na regularne, co miesięczne badania krwi, moczu i inne dostawać skierowania. Właśnie dziś jadę po kolejne - bo lekarka zaleciła mi, by powtórzyć dla świętego spokoju mocz i posiew po tym, jak miałam tą bakterię. Ale jednak trzeba się najeździć, naczekać i czasem natłumaczyć co i jak i dlaczego dane badanie.
Mart,
Olga, niestety mnie humory ciążowe (te klasyczne i typowe) nie ominęły.Jestem chyba idealnym ich przykładem. Nie wiem jak to funkcjonuje w mózgu, że nagle nadchodzi wstrętna, przytłaczająca myśl, nie dająca spokoju. Nerw bierze taki, że nie sposób się powstrzymać i wybuch gotowy. Ale pocieszam się, że już niedługo... Później może być albo lepiej albo jeszcze inaczej (staram się zachować optymizm, nie użyłam więc słowa gorzej

).
No nic, idę poprasować, może uda mi się tą torbę w końcu spakować.
Trzymajcie się drogie towarzyszki doli.
Trzymam kciuki za wszystkie zniecierpliwione i będące w drodze -
Nataszkę,
Kakakarolinę i resztę, o której zapomniałam
