Ja dzisiaj późno witam ;*
Na początek- DZIEWCZYNY bardzo, bardzo dziękuję za słowa otuchy. To moja ukochana babcia, jedyna, ma 63 lata i gdyby nie ona to kilka razy w żciu nie wiem co bym zrobiła. Jak mój tato się dowiedział wczoraj to się poryczał - facet 44 lata .. ciężkie czasy ostatnio są .. :-(
Niedawno skończyłam lepić pierogi z borówkami, ugotowane, w większości zjedzone, małemu też chyba smakowały hihi :-)
A do tego koktajl borówkowy- mniam !
OooO widzę, że temat porodów na gorąco.. ;-)
U mnie też zaczęło się odejściem wód potężną ilością odchodziły, w dodatku zielone, o 17.30 jak oglądałam "ukrytą prawdę" także masakra- największe korki w Krakowie. Miałam takiego pecha, że byłam sama w domu, zadzwoniłam na pogotowie, czy mam już jechać czy co. Powiedzieli, że przyjadą po mnie skoro odeszły wody. Upewniałam się jeszcze czy z Ruczaju zawiozą mnie na pewno na Ujastek bo jak nie to zadzwonię po taxi. Pani twierdziła, że tak tak, a tu przyjeżdża karetka i oni, że tylko na Kopernika.. ja mówię, że na tą rzeźnię nie jadę ! A oni, że mam im wypełnić jakiś świstek, że jadę na własną odpowiedzialność. Suma sumarum pojechałam Icarem

Gość tak zapierni.... bo bał się, że mu w aucie urodzę hehe:-)
A zalałam mu chyba całe siedzenie, mimo 2x belli mama więc wyobraźcie sobie jak się lało.
Dojechałam do szpitala o 18.20 po badaniu 2 cm rozwarcia i na porodówkę. Faktycznie fajnie, pokój jednoosobowy, czyściutko, nowa łazienka, piłka, fotel, worek sako. Akurat trafiłam fajnie na zmianę i o 19 przyszła do mnie położna, wzięła podpaskę z zielonymi wodami, zobaczyła, kazała się położyć, podpięła KTG, założyła wenflon, pobrała krew na elektrolity w razie potrzeby znieczulenia. I tak sobie leżałam. Skurczy nie czułam, ale wody tak się lały, że kazali leżeć.
Po godzinie, dwóch ok. 21 przyszła znowu z lekarzem, zbadali mnie, rozwarcie na 3 cm, skurczy nadal nie czułam. Ale tętno już coś tak skakało czasem, mały nie schodził w kanał. Lekarz chciał dać mi oksytocynę ale położna nie podłączyła jej bo powiedziała, żeby wszystko szło swoim tempem. Dostałam za to nospę w czopkach, a wcześniej jeszc ze zrobiła mi lewatywę.
Koło godziny 22 przyszły skurcze co 4 minuty- nie powiem, bardzo bolesne.
Cały czas leżałam pod KTG. Ok. 23 przyszła znowu położna i po badaniu okazało się, że rozwarcie na skąpe 3 palce. Ale tętno nadal sie wahało. Skurcze były co 2 minuty.
Przed 1 w nocy zjawiła się u mnie pielgrzymka, dwóch lekarzy, pięlęgniarka noworodkowa, położna - badanie - rozwarcie na 7 cm, skurcze co 1,5 minuty, myślałam, że w ogóle nie ma między nimi przerw. Lekarze powiedzieli, że jest zagrożenie zamartwicą bo tętno nadal spadało, przy skurczach było bardzo źle. Szybko podpisanie papierów, pielęgniarka poprosiła o rzeczy dla dziecka do ubrania i idziemy na CC.
Samego wkłucia w kręgosłup nie pamiętam, wiem, że kopnęłam bezwarunkowo pielęgniarkę jak mi dawali znieczulenie hihi. Położyłam się, zacewnikowali mnie, wysmarowali jodyną, założyli ten parawan, przypieli mi ręce pasami jak na krzyżu i zaczęli ciąć. Niestety czułam cały zabieg CC, ból, wyciąganie małego, koszmar.
26.05 dokładnie w dzień terminu godz. 1.10 wyciągnęli małego. jak go zobaczyłam takiego ślicznego, różowiutkiego, nie jak te dzieci z filmów we krwii, czy mazi to się opłakałam. Był taki mój, miał takie długie czarne włoski. 3800, 55cm.
Za taki moment dam się jeszcze raz pokroić i wycierpieć. Dla takich momentów warto żyć.