My z moim mężem jesteśmy strasznymi bałaganiarzami. Może wynikało to z faktu, że cztery lata mieszkaliśmy w kawalerce i NIE DAŁO się tam mieć porządku. Teraz na nowym mieszkaniu możemy bałagan rozdysponować pomiędzy pokoje (np. zamknąć w sypialni :-)) i jakoś to chyba jest lepiej. A ja np. codziennie zamiatam, czego wcześniej nie robiłam - i nie wiem, czy to efekt zmiany mieszkania, czy ciąży. Może i ciąży, bo wczoraj na parapetówce (własnej) usłyszałam, że mi chyba ciąża padła na mózg na moduł odpowiedzialny za sprzątalnictwo, bo co jakiś czas robiłam rundkę po pokojach i zbierałam brudne szklanki i plastikowe talerzyki. A co ja poradzę, że trzeźwa byłam? ;-) Poza tym dzięki temu nie miałam sałatki na wszystkich meblach, a po imprezie szybciutko zapakowałam resztkę garów do nowej zmywarki i sprzątanie miałam z głowy :-)
A co do zwierzaków to mam dwa koty i ani mi przez myśl nie przeszło, żeby je oddać, mimo że nie mam odporności na toksoplazmozę. Na szczęście koty są niewychodzące, a mój lekarz jest prokoci - stwierdził, że łatwiej się zarazić jedząc surowe mięso (i tak nie lubię tatara) lub uwaga! niedomyte owoce. A kotami mam się nie martwić, tylko zwalić na męża sprzątanie kuwetki, co jest o tyle praktyczne, że schylanie się z brzuchem i tak byłoby niewygodne :-)
PS. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby teściowa zaglądała mi do szafek, a już tym bardziej z bielizną. Nie mówiąc o układaniu tam czegokolwiek. Na szczęście moja teściowa ma taki sam pogląd na to, jak ja. Szczerze mówiąc, to od zakończenia podstawówki nawet mama nie ruszała moich rzeczy i nigdy nic mi nie układała w szafkach.