Właśnie przeczytałam tę książkę, tak samo jak Tracy Hogg- jedno i drugie warto przeczytać, jeśli ma się czas. Jedno i drugie to trochę przesada. Nie wiem co myśleć o tej książce... pisała ją bezdzietna kobieta, która wychowała małpiątko, opisując na swój sposób plemię Indian daaaleko od naszej europejskiej rzeczywistości, 40 lat temu. I teraz spoiler alert- Spanie z niemowlakiem, noszenie malucha i reagowanie na jego potrzeby do mnie przemawia- ale da się opisać to w kilku zdaniach, nie lejąc wody tak jak autorka. Nie jest to też dla mnie jakoś mega odkrywcze, bo zgodne jest to z moją intuicją. Momentami znudzona zasypiałam.
A teraz pójdę głębiej w swoją interpretację...... na podstawie tego co w niej przeczytałam mogę stwierdzić, że: czuję się spełnionym ,szczęśliwym człowiekiem, bo mama ze mną spała, nosiła mnie i reagowała na moje potrzeby. Nie mam potrzeby nieustannego, zachłannego podróżowania, nie lubię horrorów, sportów ekstremalnych nie uprawiam, nie zdobywam kompulsywnie tytułów naukowych i nie mam uczucia, że ciągle muszę coś kupować, żeby zapełnić pustkę

A pomyśleć, że z tych właśnie ww powodów miałam wcześniej kompleksy. NO KAMAN! Gdyby moje życie miało być takie jak tych Indian to byłaby stagnacja- nuda, człowiek musi się rozwijać, to jest dobre, dzięki temu jest progres. Plemię Indian się nie rozwijało. Prawdopodobnie jest w takiej formie dziś, jak 40 lat temu. Po książce odnoszę wrażenie, że to jest dla nich to dobre. Dla nas europejczyków widocznie nie. Sama autorka przecież leczyła chorych antybiotykami, w ostateczności operacją usuniecia wyrostka- a to było możliwe dzięki rozwojowi naszej kultury. Nie można być przecież takim hipokrytą.
Pewnie chodzi jak zawsze o ten złoty środek.
Nie wiem jak uważacie... na pewno książka daje do myślenia, aż chce się podyskutować...
Ale fakt, dziecko pojawi się w moim życiu za kilka tygodni to wtedy będę mogła się "powymądrzać"
