Córeczka jest już umierająca..dzwonilam...a mnie nie ma przy niej...jestem okrutna dla niej..ale chyba nie mogłabym na to patrzeć...mąż musiał iść do pracy jeszcze drugi samochód się nam zepsuł rano, ten którym on jezdi do pracy, ja mam jeden bo do przedszkola muszę syna odwiezc, bo mamy daleko, czuje się jak wyrodna matka...za bardzo nie mam z kim dzieci zostawić bo jak mówiłam, z rodziną nie mamy dobrych relacji, w zasadzie nie pamiętam kiedy ktoś pytał jak się czuje córka, a teściowa ma zły wpływ na dzieci...maci im w głowie...straszne, mąż już dwa razy bral w tym roku opiekę, jeszcze byl na kwarantannie, jeszcze wczoraj miał urlop,a znowu będzie mu potrzebny jak będziemy organizować pogrzeb, choć zdecydowaliśmy że nie będziemy informować nikogo, nie wiem czy bedzie msza, czy nie sama modlitwa na cmentarzu, nie dalibyśmy chyba rady przeżyć mszy, chyba zamówimy mszę w innym terminie poprostu, córeczka jest już i tak aniołkiem, bo chrzest miała w sobotę zaraz dwa dni przed tym jak trafiła do szpitala, chcemy ją zkremowac bo nie chcemy robić osobnego grobu tylko włożyć ją do siostry męża bo to jest dziecinny grób...a poza tym ona strasznie zle teraz wygląda jest napuchnięta...chyba by się nie zmieściła w żadne ubranko...cała....wodę.zatrzymuje w organizmie...wygląda jakby miała pęknąć...czy jestem wyrodna matka...