Ja mojego męża poznałam na obozie na który pojechałam jako wolontariuszka, oboje mieliśmy wtedy po 17 lat...w sumie banał, ale tylko z pozoru. Moja najbliższa przyjaciółka poznała go już wcześniej i opowiadała mi jakie wywarł na niej wrażenie, a że obie jakoś nigdy nie zwracałyśmy uwagi na żadnych facetów (bo i do czego oni nam byli potrzebni), stwierdziłam, że muszę poznać faceta, który jej się spodobał i go sobie "oblukać". Okazja nadarzyła się właśnie na tym obozie. No nie powiem, od razu mi się spodobał, no i zaczęłam z nim flirtować (nie specjalnie, jakoś tak samo wyszło..chyba zaczęło się od tego, że rozmasowałam mu naciągnięty mięsień) mimo tego, że był "zajęty", mało tego, jego dziewczyna też była na tym obozie...no ale miał w sobie coś takiego, co przyciągało jak magnes i nawet świadomość tego, że robię źle, i to świństwo wobec jego dziewczyny, nie powstrzymała mnie przed coraz częstrzymi schadzkami, kiedy cały obóz spał. Potrafiliśmy gadać godzinami, o wszystkim i o niczym w sumie...i coraz bardziej zbliżaliśmy się do siebie. Pech chciał, że któregoś razu jego dziewczyna przyłapała nas na pocałunku...oczywiście nie chciała z nim więcej rozmawiać, ze mną wtedy tym bardziej (chociaż jakiś czas później paradoksalnie zaczęłyśmy się przyjaźnić). Nie ukrywam, że bardzo to przeżyłam, bardzo długo miałam wyrzuty sumienia, z resztą wyrzucam to sobie do tej pory. Unikałam obojga do końca obozu. Z nim postanowiłam się więcej nie kontaktować, co nie było zbyt trudne, bo mieszkaliśmy w oddalonych od siebie o ponad 200 km miastach. Co nie znaczy, że o nim zapomniałam. Cholera...to był w końcu pierwszy facet z którym się całowałam (tak w ogóle to pierwszy pod każdym względem

) . I tak się nam kontakt urwał na rok, kiedy to mój obecny małżonek postanowił się przeprowadzić do brata, który mieszkał w tym samym mieście co ja. A mnie jakby piorun strzelił, wszystko odżyło...i poczucie winy i uczucie do niego. Potem już poszło...i tak wśród wzlotów i upadków, rozstania na jakiś czas i powrotu , przeżyliśmy razem 4 lata, przez dwa mieszkaliśmy razem. Jakbym zaczęła pisać dokładniej co się w ciągu tych czterech lat działo, to by mi się wypowiedź na kilka stron rozwlekła. No i we wrześniu zeszłego roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży, pobraliśmy się pod koniec stycznia (właśnie nam minęło pół roku życia jako małżeństwo), a w maju na świecie pojawiła się nasza córeczka.