Co widzę ten wątek na samej górze to zaczynam się zastanawiać czy ja mam jakieś obawy.
Choć się przed nimi bronię, to chyba mam. Nie wiem nawet czy nazwać to obawą czy paranoją.
Przeraża mnie okres kiedy nie widzę maleństwa, tzn. zaczynam panikować po kilku tyg czy wszystko ok. Czekam jeszcze 2 i pół tyg do połówkowego i ciąglę myślę o tym czy wszystko jest ok. Czy maleństwo dobrze się czuję, a może coś jest nie tak i dowiem się o tym za późno? W głowie ciągle mam myśli o tym jakie jest prawdopodobieństwo poronienia :/ nie lubię tego.
Boje się.
Mam też obawy co do porodu. Czy będzie bolało, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem i czy maleństwo będzie całe i zdrowe.
I też odnośnie tego co będzie potem.
Nie mam rodziców, którzy by nam pomogli, jest teść który mieszka daleko, owszem, bardzo się cieszy na myśl o wnuku/wnuczce jednak wiem, że nie będzie mógł nam pomóc (oprócz tego, że kupi wózek, ale to bardziej materialna pomoc...)
A ja chciałabym żeby wspierała mnie mama, siostra, ciocia ... ktokolwiek, inaczej zwariuję przy pierwszej kolce :-(
wiem, że największym wsparciem będzie mój mąż, jednak on nie miał nigdy do czynienia z dziećmi (jako 15latka wychowywałam w głownej mierze z Babcią moją siostrzenicę przez 8 lat, jednak minęło od tego czasu 12 lat...)
Czuję, że spanikowałam i głupoty wypisałam...