maga, mam nadzieję, że nie siedzisz i nie płaczesz w poduchę. Pisz nam szybciutko czego się dowiedziałaś.
A u nas dziś dobry dzień: moja siostra urodziła córeczkę. Małą, mała, bo 53 cm dł i 3150 żywej wagi

, a mąż mojej sis cieszył się, że będzie wysoka, jak on
Ale akcje mieli niezłe, myślę, że trochę na własne życzenie, bo wymyślili poród w domu (ja kiedyś też tak chciałam, ale jakoś mi się odwidziało i na całe szczęście). Otóż zaczęły sie sączyć wody płodowe, pojawiły się skurcze, ale nie było rozwarcia.
Przyjechała położna, z którą byli umówieni (zresztą po 12 godzinnym dyżurze), przesiedzieli całą noc, skurcze silne, bo momentami trwały 1,5 minuty co minutę. A rozwarcie po całej nocy 1,5 cm.

Pojechali do szpitala, gdzie trafili na zmianę dyżuru, więc oczywiście wysłuchali, że są nieodpowiedzialni i narażali dziecko. Po 6 godzinach na świecie była już Baśka.
Z jednej strony żal mi tej mojej siostry, bo pewnie w szpitalu nie działoby się to tak długo, a z drugiej jestem na nią zła, bo pewnie wydali pani położnej kasę (taki poród w Sz. kosztuje 1500 zł) i i tak zakończyli w szpitalu. Tylko się zestresowali i oni i my. Oczywiście mamy były przerażone ich pomysłem i ogólnie wszyscy uważaliśmy, że nie jest to dobry pomysł. Moja sis ma 32 lata, pierwsze dziecko i mam ochotę napisać, ze pstro w głowie

:-(
Całe szczęście, że wszystko jest w porządku :-)