To ja dołączam do wątku 
Nasza Gabrysia przyszła na świat 9 października, dokładnie w południe. Ważyła 4060 g i ma 58 cm.
Zaczęło się w środę, 8 października od lekkiego pobolewania brzucha i przeczucia, że coś z tego może być. Pobolewanie zaczęło się nasilać i przybierać postać zupełnie nieregularnych skurczy. Po południu poszliśmy z M. na spacer, w drodze powrotnej nagle poczułam chlup chlup i że wylało się ze mnie coś ciepłego (18:00). Na szczęście do domu było już blisko. Przez jakiś czas zastanawialiśmy się co robić - nie bardzo byłam w stanie ocenić, jaki kolor miały te wody, których trochę odeszło. W moich oczach nie były zielone, ale nie były także lekko słomkowe. Telefon do gina - ma wyłączony. Telefon do znajomej położnej - radzi poczekać do rana. W końcu o 21:00 jedziemy do szpitala tak na wszelki wypadek - żeby sprawdzili. Na parkingu przed szpitalem chcę się wycofać - wydaje mi się, że się tylko wygłupię i wszystko jest ok.
Trafiam na bardzo miłą lekarkę. Niestety stwierdza, że wody są zielonkawe i ... zostawiają mnie w szpitalu na patologii
I tak zaczyna sie pierwsza faza porodu. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam - że będę razem z M., będzie mi masował plecki, pocieszał. A zostałam sama, z nasilającymi się skurczami. Lekarze i pielęgniarki mówią, żebym spróbowała się przespać, ale na to nie ma szans. Skurcze co 5-6 min, coraz silniejsze. Dziewczyna z sali chrapie niemiłosiernie a ja leżę, chodzę po korytarzu i piszemy do siebie smsy z mężem. Potem już nie jestem w stanie pisać smsów. 2:00 idę do lekarza, że moim zdaniem te skurcze są naprawdę mocne i regularne. Bada mnie - rozwarcie tylko na opuszek palca. O 7:00 kolejne KTG, badanie - rozwarcie na 2 cm. Ja załamana - od kilkunastu godzin nic nie jadłam, nie spalam ani minuty, zupełnie nie mam sił, podczas skurczu jestem w stanie tylko dyszeć a tu tylko 2 cm?! Gdyby mi ktoś w tej chwili zaproponował cesarkę to zdecydowałabym się z pocałowaniem ręki!!!
Ta sama miła lekarka co wieczorem mnie pociesza - że najgorsze są pierwsze cm rozwarcia a potem pójdzie szybciej. Dostanę kroplówkę odżywczą, bo śniadania już nie mogę zjeść. Zapada decyzja - przenoszą mnie na porodówkę, mogę dzwonić po męża.
9:00 - trafiam na porodówkę, rozwarcie 4 cm. Jest Piotrek - nawet nie mam siły okazać mu, jak bardzo się cieszę, że jest już przy mnie. Dostaję kroplówkę z Oksytocyną. Dostaję takiego skurczowego przyspieszenia, że ledwo zipię. Przy każdym skurczu zaczynam jęczeć - zawsze myślałam, że będę się wstydzić krzyczeć ale to takie naturalne i wręcz nie jestem w stanie nie jęczeć
Położna - cudowna, ciepła, życzliwa. Wysyła nas pod prysznic. Pal sześć grzyby i zasady higieny, siedzę na dnie kabiny i polewam się gorącą wodą. Piotrek siedzi razem ze mną, łazienka zamienia się w saunę, pot leje mu się z czoła ale dzielnie podtrzymuje moją kroplówkę.
Przenoszę się na materac. Jak się doczepiłam worka sako to już z niego nie schodzę. Jest mi wszystko jedno, jak wyglądam, jakie dźwięki z siebie wydaję. Myślałam, że w czasie porodu sobie będziemy z M. rozmawiać hehehe nie jestem w stanie nawet odpowiedzieć na jego pytanie. Położna sprawdza rozwarcie - modlę się, żeby po poprzednich 4 cm było choć 6 cm, a tu ... 8cm! Położna mnie motywuje, że świetnie mi idzie, że dziecko bardzo ładnie ustawiło się w kanał rodny. Nagle czuję, że zaczyna się dziać coś dziwnego. To chyba skurcze parte! Piotrek biegnie po położną, ja nie wiem, czy mam przeć czy nie. Główka w kanale rodnym. Położna mówi, że jak chcę to mogę dotknąć - nie, dziękuję - pytanie do M. "może pan chce dotknąć" - M: "nie, dziękuję"
))
Zmiana pozycji, Piotrek trzyma mnie w powietrzu, chyba mu strzeli kręgosłup za chwilę. Przesiadam się na łóżko porodowe, nagle zjawia się tłum wokół, 2 ginekologów, 2 położne, pediatra... Prę ze wszystkich sił, lekarz mi mówi, że muszą trochę naciąć, bo dziecko duże. Jeszcze 2 skurcze i nagle czuję, że główka przechodzi a za nią wyślizguje się ciałko. Boże, urodziłam! Patrzę na moje dziecko i nie mogę uwierzyć. Po chwili dostaję małą na piersi. I zostajemy z Piotrkiem i małą Gabrysią sami. Zmęczeni ale szczęśliwi.
Z porodu zapamiętałam jeszcze jedno. To był brzydki, mglisty, pochmurny dzień, ale właśnie w południe, kiedy Gabrysia przyszła na świat nagle wyszło słońce i zalało swoimi promieniami cała salę. A za oknem widziałam drzewo z pięknymi żółtymi liścmi.
I jeszcze pocieszenie dla innych - dziewczyny, rodziłam naturalnie, bez znieczulenia (jakiegokolwiek) i naprawdę - poród to przeżycie ekstremalne ale do przejścia
) Dla mnie najgorsza była pierwsza faza porodu, kiedy byłam zupełnie sama i zmagałam się z bólem (ale na tym etapie nigdy nie dostanie się żadnego znieczulenia, bo akcja porodowa musi się rozhulać).
A o bólu zapomina się naprawdę błyskawicznie. 2 godziny po porodzie na własnych nogach przeszłam z porodówki na oddział, poszłam wziąć prysznic.
Pozdrawiam serdecznie wszystkie październikowe mamy - te już po porodzie i te jeszcze przed
)
Monika
Nasza Gabrysia przyszła na świat 9 października, dokładnie w południe. Ważyła 4060 g i ma 58 cm.
Zaczęło się w środę, 8 października od lekkiego pobolewania brzucha i przeczucia, że coś z tego może być. Pobolewanie zaczęło się nasilać i przybierać postać zupełnie nieregularnych skurczy. Po południu poszliśmy z M. na spacer, w drodze powrotnej nagle poczułam chlup chlup i że wylało się ze mnie coś ciepłego (18:00). Na szczęście do domu było już blisko. Przez jakiś czas zastanawialiśmy się co robić - nie bardzo byłam w stanie ocenić, jaki kolor miały te wody, których trochę odeszło. W moich oczach nie były zielone, ale nie były także lekko słomkowe. Telefon do gina - ma wyłączony. Telefon do znajomej położnej - radzi poczekać do rana. W końcu o 21:00 jedziemy do szpitala tak na wszelki wypadek - żeby sprawdzili. Na parkingu przed szpitalem chcę się wycofać - wydaje mi się, że się tylko wygłupię i wszystko jest ok.
Trafiam na bardzo miłą lekarkę. Niestety stwierdza, że wody są zielonkawe i ... zostawiają mnie w szpitalu na patologii
Ta sama miła lekarka co wieczorem mnie pociesza - że najgorsze są pierwsze cm rozwarcia a potem pójdzie szybciej. Dostanę kroplówkę odżywczą, bo śniadania już nie mogę zjeść. Zapada decyzja - przenoszą mnie na porodówkę, mogę dzwonić po męża.
9:00 - trafiam na porodówkę, rozwarcie 4 cm. Jest Piotrek - nawet nie mam siły okazać mu, jak bardzo się cieszę, że jest już przy mnie. Dostaję kroplówkę z Oksytocyną. Dostaję takiego skurczowego przyspieszenia, że ledwo zipię. Przy każdym skurczu zaczynam jęczeć - zawsze myślałam, że będę się wstydzić krzyczeć ale to takie naturalne i wręcz nie jestem w stanie nie jęczeć
Położna - cudowna, ciepła, życzliwa. Wysyła nas pod prysznic. Pal sześć grzyby i zasady higieny, siedzę na dnie kabiny i polewam się gorącą wodą. Piotrek siedzi razem ze mną, łazienka zamienia się w saunę, pot leje mu się z czoła ale dzielnie podtrzymuje moją kroplówkę.
Przenoszę się na materac. Jak się doczepiłam worka sako to już z niego nie schodzę. Jest mi wszystko jedno, jak wyglądam, jakie dźwięki z siebie wydaję. Myślałam, że w czasie porodu sobie będziemy z M. rozmawiać hehehe nie jestem w stanie nawet odpowiedzieć na jego pytanie. Położna sprawdza rozwarcie - modlę się, żeby po poprzednich 4 cm było choć 6 cm, a tu ... 8cm! Położna mnie motywuje, że świetnie mi idzie, że dziecko bardzo ładnie ustawiło się w kanał rodny. Nagle czuję, że zaczyna się dziać coś dziwnego. To chyba skurcze parte! Piotrek biegnie po położną, ja nie wiem, czy mam przeć czy nie. Główka w kanale rodnym. Położna mówi, że jak chcę to mogę dotknąć - nie, dziękuję - pytanie do M. "może pan chce dotknąć" - M: "nie, dziękuję"
Zmiana pozycji, Piotrek trzyma mnie w powietrzu, chyba mu strzeli kręgosłup za chwilę. Przesiadam się na łóżko porodowe, nagle zjawia się tłum wokół, 2 ginekologów, 2 położne, pediatra... Prę ze wszystkich sił, lekarz mi mówi, że muszą trochę naciąć, bo dziecko duże. Jeszcze 2 skurcze i nagle czuję, że główka przechodzi a za nią wyślizguje się ciałko. Boże, urodziłam! Patrzę na moje dziecko i nie mogę uwierzyć. Po chwili dostaję małą na piersi. I zostajemy z Piotrkiem i małą Gabrysią sami. Zmęczeni ale szczęśliwi.
Z porodu zapamiętałam jeszcze jedno. To był brzydki, mglisty, pochmurny dzień, ale właśnie w południe, kiedy Gabrysia przyszła na świat nagle wyszło słońce i zalało swoimi promieniami cała salę. A za oknem widziałam drzewo z pięknymi żółtymi liścmi.
I jeszcze pocieszenie dla innych - dziewczyny, rodziłam naturalnie, bez znieczulenia (jakiegokolwiek) i naprawdę - poród to przeżycie ekstremalne ale do przejścia
A o bólu zapomina się naprawdę błyskawicznie. 2 godziny po porodzie na własnych nogach przeszłam z porodówki na oddział, poszłam wziąć prysznic.
Pozdrawiam serdecznie wszystkie październikowe mamy - te już po porodzie i te jeszcze przed
Monika
. One stały z założonymi rękoma a ona biedna biegała wokół mnie, trzymała mi nogę przy praciu itp. Dopiero jak wpadał na salę ordynator zaczął się ruch wokół mojej osoby. Ordynator na trochę sam zaczął mna kierować podczas porodu i akcja przyspieszyła. Hania urodziła się o 10.20. Była pookręcana pępowiną. Przy skurczach wychodziła główka a za chwilę nikła z powrotem. Dziecku nikło tętno. Potem się dowiedziałam że juz była przygotowana dla mnie sala na cc. Przy kolejnym partym nacieli mnie i udało się urodzić Haneczkę. Była cała sina i wpadłam w popłoch, ze cos jest nie tak...ale już po chwili było słychac jej płacz...obok płakała moja siostra a ja miałam kluchę w gardle mając na sobie swoja kruszynkę.
)