Antuanet24
Październikowe mamy'08
Minisia,kaskada cudowne opisy:-)
A u mnie było tak:
W niedzielę minął TP i nic się nie działo, więc w poniedziałek byłam umówiona ze swoim ginem w szpitalu. Jak pojechałam, babka w recepcji powiedziała mi ze nie ma miejsc więc miałam nadzieję że ominie mnie ten cewnik.
A lekarz stwierdził że jest dużo miejsc, i to on przyjmował mnie do szpitala. Zrobili mi ktg, usg, przebadał mnie i tak trafiłam na trakt porodowy.Tam oczywiście wywiad o stanie zdrowia, kupa papierków do podpisania i wylądowałam na sali przedporodowej. Leżały tam już 2 kobiety, ale fajne były-one też miały być cewnikowane. O 12:30 założyli mi cewnik Foleya, który miałam do wtorku w sobie. Samo zakładanie bolało, bo jak się okazało miałam bardzo wysoko szyjkę położoną
Później wróciłam na salę, położyłam się i dostałam krwotoku...Więc od nowa wszystko mi wyjmowali, czyścili i znów założyli. Miałam już ochotę uciec stamtąd ale trzymała mnie myśl że to ma pomóc syneczkowi wyjść...
We wtorek o 6:30 trafiłam na salę porodową, podłączyli mi ktg, dostałam 2 kroplówki na wzmocnienie i tak leżałam do 9:30 nieruchomo.Dopiero potem zdjęli mi ten cewnik i podłączyli oksytocynę, bo się okazało ze rozwarcie zrobiło się na 1cm
Później pozwolili mi wstać i pochodzić, pójść do ubikacji i tak do 14 sobie spacerowałam po trakcie porodowym. Żadnych bóli, żadnych skurczy-już myślałam że nie urodzę. Ale mój lekarz stwierdził że jeszcze się nie ściemni a Kubuś będzie na świecie. Po 14 zbadali mnie i się okazało że jest 5cm rozwarcia i wtedy się zaczęło...Kazali mi się położyć,przebili pęcherz płodowy (wody okazały się zielone) skurcze na począku były co 10 minut a potem coraz częstsze. Trafiłam na super położną, bardzo mi pomagała jak jej powiedziałam że nie radzę sobie z bólem.Robiła mi zimne okłady na głowie, pomagała oddychać. Dostałam też jakieś czopki przeciwbólowe, i jakiś zastrzyk ale to nic nie pomagało.W pewnym momencie zaczęłam wymiotować, chyba z tego stresu
Myślałam tylko o Kubusiu żeby z nim było wszystko dobrze.Niestety wyprosili mojego męża bo zaczęło mi strasznie ciśnienie wariować, najpierw dochodziło do 180 a potem spadło do 70 to górne i oczywiście zleciało się kilku lekarzy i już szykowali maseczkę do intubacji. Akcja cały czas postępowała, o 15:15 było już pełne rozwarcie i zaczęły się skurcze parte.Motywacji do działania dodała mi położna, która założyła fartuch foliowy i mówiła co robić, kiedy przeć.Zebrałam się w sobie, jak mały wystawił główkę powiedziała żeby dotknąć jej i momentalnie wyskoczyło całe ciałko. O 15:25 maluch pojawił się na świecie, położyli mi go na brzuchu-był taki cieplutki, cudowne uczucie-nie do opisania.:-) Leżał ze mną przez cały czas, okryty w pieluszkę jak mnie zszywali. Troszkę popękałam,ale też mnie nacięli i miałam 2 szwy zewnętrzne
Ale mówię Wam-tego się nie czuje, bo to w skurczu nacinają.Okazało się też że tam gdzie był ten cewnik zrobił się skrzep i musieli zrobić łyżeczkowanie. Trzymając malucha na brzuchu aż się popłakałam, ale już żadnego bólu nie czułam. Potem 2 godziny jeszcze leżeliśmy na sali poporodowej, mąż z nami był.:-) A potem przewieźli nas na położnictwo,tam zważyli i zmierzyli małego, i po 5 godzinach wstałam na nogi. Maluch cały czas leżał ze mną i spał. Cieszę się że tak właśnie przebiegł mój poród, w sumie bólu było 1,5 godziny ale to szybko minęło i jak zobaczyłam Kubusia to o wszystkim zapomniałam. Największą nagrodą jest mój kochany skarbek:-)
Muszę mykać bo chyba się obudził, przepraszam za tak długi opis.;-)
A u mnie było tak:
W niedzielę minął TP i nic się nie działo, więc w poniedziałek byłam umówiona ze swoim ginem w szpitalu. Jak pojechałam, babka w recepcji powiedziała mi ze nie ma miejsc więc miałam nadzieję że ominie mnie ten cewnik.
A lekarz stwierdził że jest dużo miejsc, i to on przyjmował mnie do szpitala. Zrobili mi ktg, usg, przebadał mnie i tak trafiłam na trakt porodowy.Tam oczywiście wywiad o stanie zdrowia, kupa papierków do podpisania i wylądowałam na sali przedporodowej. Leżały tam już 2 kobiety, ale fajne były-one też miały być cewnikowane. O 12:30 założyli mi cewnik Foleya, który miałam do wtorku w sobie. Samo zakładanie bolało, bo jak się okazało miałam bardzo wysoko szyjkę położoną
Później wróciłam na salę, położyłam się i dostałam krwotoku...Więc od nowa wszystko mi wyjmowali, czyścili i znów założyli. Miałam już ochotę uciec stamtąd ale trzymała mnie myśl że to ma pomóc syneczkowi wyjść...We wtorek o 6:30 trafiłam na salę porodową, podłączyli mi ktg, dostałam 2 kroplówki na wzmocnienie i tak leżałam do 9:30 nieruchomo.Dopiero potem zdjęli mi ten cewnik i podłączyli oksytocynę, bo się okazało ze rozwarcie zrobiło się na 1cm
Później pozwolili mi wstać i pochodzić, pójść do ubikacji i tak do 14 sobie spacerowałam po trakcie porodowym. Żadnych bóli, żadnych skurczy-już myślałam że nie urodzę. Ale mój lekarz stwierdził że jeszcze się nie ściemni a Kubuś będzie na świecie. Po 14 zbadali mnie i się okazało że jest 5cm rozwarcia i wtedy się zaczęło...Kazali mi się położyć,przebili pęcherz płodowy (wody okazały się zielone) skurcze na począku były co 10 minut a potem coraz częstsze. Trafiłam na super położną, bardzo mi pomagała jak jej powiedziałam że nie radzę sobie z bólem.Robiła mi zimne okłady na głowie, pomagała oddychać. Dostałam też jakieś czopki przeciwbólowe, i jakiś zastrzyk ale to nic nie pomagało.W pewnym momencie zaczęłam wymiotować, chyba z tego stresu
Myślałam tylko o Kubusiu żeby z nim było wszystko dobrze.Niestety wyprosili mojego męża bo zaczęło mi strasznie ciśnienie wariować, najpierw dochodziło do 180 a potem spadło do 70 to górne i oczywiście zleciało się kilku lekarzy i już szykowali maseczkę do intubacji. Akcja cały czas postępowała, o 15:15 było już pełne rozwarcie i zaczęły się skurcze parte.Motywacji do działania dodała mi położna, która założyła fartuch foliowy i mówiła co robić, kiedy przeć.Zebrałam się w sobie, jak mały wystawił główkę powiedziała żeby dotknąć jej i momentalnie wyskoczyło całe ciałko. O 15:25 maluch pojawił się na świecie, położyli mi go na brzuchu-był taki cieplutki, cudowne uczucie-nie do opisania.:-) Leżał ze mną przez cały czas, okryty w pieluszkę jak mnie zszywali. Troszkę popękałam,ale też mnie nacięli i miałam 2 szwy zewnętrzne
Ale mówię Wam-tego się nie czuje, bo to w skurczu nacinają.Okazało się też że tam gdzie był ten cewnik zrobił się skrzep i musieli zrobić łyżeczkowanie. Trzymając malucha na brzuchu aż się popłakałam, ale już żadnego bólu nie czułam. Potem 2 godziny jeszcze leżeliśmy na sali poporodowej, mąż z nami był.:-) A potem przewieźli nas na położnictwo,tam zważyli i zmierzyli małego, i po 5 godzinach wstałam na nogi. Maluch cały czas leżał ze mną i spał. Cieszę się że tak właśnie przebiegł mój poród, w sumie bólu było 1,5 godziny ale to szybko minęło i jak zobaczyłam Kubusia to o wszystkim zapomniałam. Największą nagrodą jest mój kochany skarbek:-)Muszę mykać bo chyba się obudził, przepraszam za tak długi opis.;-)