Nadeszła i moja kolej na opis.
16.10, 7 rano. wyjechaliśmy z domu do szpitala (powinniśmy tam być na 7:45), dojechaliśmy do przejazdu kolejowego, który jak się okazało był remontowany. Żadnych znaków, że droga jest nieprzejezdna!!


Znaleźliśmy objazd przez jakieś wsie, dobrze, że mamy w aucie CB bo mogło by być ciężko. Do szpitala trafiliśmy na 8:15. Lekkie spóźnienie.
Weszliśmy na izbę przyjęć, zadzwoniłam do położnej, że już jesteśmy. Zeszła do nas, jak się okazało w towarzystwie pani profesor -szefowej oddziału. To właśnie jej dałam karteczkę od mojego profesora na której było napisane, że prosi o CC ze względu na pośladkowe ułożenie malucha.
Zaczęły wypisywać dokumenty i przy tym dialog:
I ciąża? -bardziej zabrzmiało to retorycznie.
mówię, że
nie, że to II
prof.
a dziecko żyje?
ja:
oczywiście, że tak.
popatrzyły na siebie dosyć dziwnie.
p:
to dlaczego CC? Przecież rodzi się pośladkowce..
Widzę, że niedaleko pani mieszka, nie ma miejsc w szpitalu...
chociaż zbadamy panią i podejmiemy decyzję.
Ja przerażona

, mówię jej, że
tak długo nastawiałam się do tej CC, sam prof mi odradzał poród naturalny etc.
Między czasie mnie przebadały, cm rozwarcia, brak skurczów.
prof:
No dobrze, to na oddział. Mamy tam jeszcze jakieś wolne łóżko?
położna:
cała 6.
Weszliśmy na górę, ja już przebrana.
Podłączyli mnie pod ktg i co się działo w tym czasie?
podpisywałam jakieś tam papierki, ale to nic...
Przychodzi położna z panią prof. i mówią,
że nie będę dzisiaj rodzić-spróbujemy naturalnie...
Ja w jeszcze większym szoku, ale położna spojrzała na mnie i mówi, że chyba mam skurcz, a raczej na pewno. W moim odczuciu był to tylko twardy brzuch,
Na to pani prof.
Dzisiaj to ja już nie zdążę, bo mam o 11:30 egzamin, wytrzyma pani do jutra, to jednak zrobimy CC???
Mówię, że
oczywiście, jak jest taka potrzeba...
Wstałam, przeniosłam się na salę, gdzie już była dziewczyna, ale jeszcze z brzuszkiem bo na patologii nie było miejsca.
Za chwilę wpada położna,
pani prof. postanowiła, że jednak zrobi cięcie.
Dzisiaj ma dyżur ginekologia, a jak coś by się zaczęło dziać, a myślę, ż do jutra mogłaby pani nie wytrzymać to nie miałby kto zrobić dobrego cięcia...
Już byłam tak skołowana i zdołowana tymi zmianami, że jak to usłyszałam to prawie dostałam skrzydeł!
Lewatywa -ta część opisu na zamkniętym, ale nie będę Wam pisała o szczegółach lewatywy ;-)
10:30 USG, na życzenie pani prof., czy rzeczywiście dziecko jest zbyt duże jak na naturalny poród. Lekarze widzieli, że mi zależy już na CC to specjalnie zawyżyli pomiary, ale jak się później okazało to nie musieli zawyżać bo idealnie wymierzyli

))
Golenie
11:00 Cewnik i na stół!!!
Super anestezjolog wszystko mi powiedział co będzie robił krok po kroku. Zastrzyk w kręgosłup i o 11:!5 usłyszałam płacz Natanka. A ja zaraz za nim. Tak zaczęłam wyć-taka byłam szczęśliwa!!! i nadal oczywiście jestem!
Zabrali go na ważenie i mierzenie. Mnie umyli i przewieźli na salę.
Rzeczywiście nie podnosiłam głowy przez jakieś 10 godzin, moczyłam usta wodą.
Po dwóch godzinach przystawili Natanka do cyca, i już od razu potrafił ssać!!!:-):-) kurcze pisząc o tym cycki zaczęły mnie szczypać! Może zaraz się obudzi.;-)
o 23 przyszła położna,
no wstajemy, przejdziemy się na jakieś piwko 
Usiadłam na łóżku, i mało co nie straciłam przytomności. Położyłam się z powrotem i po pół godzinie znowu spróbowałam. Udało się, zaczęłam chodzić, ale zrobiłam dosłownie kilka kroków i do wyra.
W ogóle chyba zrobiłam błąd, bo powinnam była się więcej ruszać, ale mnie to naprawdę bolało i co gorsza okazało się, że nie czułam w ogóle, że mi się siku chcę. Więc uczucie rozpychania od wewnątrz było podwójne. Nie wiedziałam co się dzieje. Później zaczęłam się pilnować i patrzyłam na zegarek o której byłam ostatni raz...
Zgłosiłam to oczywiście lekarzowi, okazało się, że występują czasem takie reakcje... Mogą się utrzymać nawet do trzech m-cy

Po trzech dniach doszedł niesamowity ból głowy! Nie obyło się bez środków przeciwbólowych. Dwa dni na nich jechałam aż w końcu przeszło...
Jak już mieliśmy wychodzić do domu to okazało się, że Natanek ma podwyższoną bilirubinę i kolejne dwa dni spędziliśmy w szpitalu. A w sumie było ich siedem...
ale na szczęście jesteśmy już w domku, cali, zdrowi i bardzo szczęśliwi!!!!
Przy okazji poznałam fantastyczne dziewczyny. Podeślę im linki do naszego BB może się przyłączą bo to też w końcu październikóweczki :-):-)