No to i ja opisze swoje przeżycia...
A więc termina miałam na 26.09 tego też dnia udałam sie na kolejne ktg i jak zwykle jedno wielkie NIC... lekarz wypisał skierowanie do szpitala i kazał sie udać tam za 5,6 dni więc od razu postanowiłam że bedzie to 6 dni... W środe wieczorem zgodnie z postanowieniem zabrałam torbe i pojechalismy do szpitala... Na ktg znowu nic... lekarz po badaniu stwierdził że mam 0,5cm rozwarcia (dziwne bo mój prowadzący tydzień wcześniej twierdził że 1,5) ale dodał że mam sie wyspać bo to może być ostatnia przespana noc na kolejne 3lata (wyśmiałam go za drzwiami)... Ze łzami w oczach położyłam sie na łóżku (mialam już za sobą 2 pobyty w szpitalu i kolejne kilka dni mnie przerażało) cudem zasnełam ok2 w nocy a o 3 obudziły mnie skurcze... nie wierząc ze to to próbowałam zasnąć ale co 15min miałam pobudke... Rano zgłosiłam fakt pielęgniarkom... ale wg ktg skurcze sięgały 30%... na obchodzie lekarz postanowił mnie zbadać bo ja skurcze odczówałam mocno mimo że słabe... okazało sie że od 19 do 8 zrobiło sie 5cm...od razu tel do chłopaka który urwał sie z pracy i zastał mnie na porodówce... do ok 12 miałam nadal takie same skurcze, ale ok 11 przekłuto mi pecherz więcwiedziałam że to dziś...o 13 podano mi oksytocyne (nielegularne i rzadkie skurcze) i sie zaczęło... połamałam prawie palce położnej, skopałam położnika... aż zdecydowali sie na podanie tlenu dopiero wtedy sie ocknęłam i zaczęłam współpracować i o 16.20 wyskoczył Kacper który mimo zapowiedzi wcale taki duży nie był (53cm 3,470kg) No ale niestety troche zajęło im zszywanie (27szwów w tym 12 w pochwie) i założenie dreny (nie mogli mnie w środku pozszywać i dla zabezpieczenia)... Ale jak przytuliłam małego to zapomniałam o drenie ale o bólu do tej pory pamiętam... I położnik nie miał racji że zaraz po wyjściu z porodówki zmienie zdanie co do kolejnej dzidzi... nadal mówię "NIGDY WIĘCEJ" chociaż straciłam głowe dla mojego malucha kochanego