Kate, Majeczka - gratulacje !! A teraz moja kolej... co prawda chyba każda z Was już dawno zapomniała o porodzie, ale niestety mi się trochę przedłużyło prawie na połowę\ listopada !! (mam nadzieję, że nie wyrzucicie mnie z październikowych wątków

)
Więc tak:
Poniedziałek - zgłosiłam się rano do szpitala, KTG, badanie (akurat moja lekarka miała dyżur) i masaż szyjki, po którym plamiłam sporo i odszedł w nocy czop.
Wtorek - test oksytocyny... podłączyli mnie pod KTG na pół godziny, po czym lekarz wstrzyknął mi małą dawkę oksytocyny... Małemu zaczeło spadać tętno aż do 50 nawet (!!!!). lekarz spanikował, zaczął wołać położne, kazali mi głęboko oddychać, na lewy bok i na szczęście wszystko wróciło do normy. następnie ten sam lekarz wziął mnie na badanie i stwierdził, że nie możemy ryzykować i dzisiaj kroplówka cały czas pod KTG i najprawdopodobniej cesarka. Spakowałam rzeczy na porodówkę, dostałam koszulkę, podłączyli mnie pod KTG, po czym przyszedł inny lekarz (którego nie trawię) zbadał mnie i powiedział, że nie jestem kompletnie gotowa do porodu (pomimo że miałam 2,5cm!!) i że mam wracać na salę i czekać. Jak długo czekać? nie umiał odpowiedzieć.
Środa - dyżur miała moja lekarka (na szczęście!!) zbadała mnie i zaproponowała dzisiaj kroplówkę...godzinka pod KTG a jak będzie ok to będę mogła sobie tuptać koło łóżka na ile rurka pozwoli. Ale nie daje gwarancji, że zareaguję na kroplówkę. Mówiła że przy tescie oksy zdarza się tak z tym tętnem. Na razie po M miałam nie dzwonić, dopiero jak będzie wiadomo, że coś się zaczyna (ja wcześniej żadnych skurczy nie miałam, poza paroma z pt na sb, ale słabymi). Trafiłam pod kroplówkę na ogólną salę o 9:15. Atmosfera była fajna..rozmawiałam ze studentką która była na praktykach, z położnymi (bardzo fajne były!!), dostałam gazety do czytania, a o 11-ej przyszła położna, dobra znajoma mojej ciotki, która prowadziła mnie do końca. I tak sobie siedziałam i tuptałam do 12-ej. O 12 zbadała mnie położna - nic a nic się nie ruszyło... o 12:30 przyszła moja lekarka, śmiała się, że zamiast rodzić to gazety czytam. Zbadała mnie i zdecydowała się na przebicie pęcherza (i tak podobno troszkę sączyły się wody). I jak przebiła, tak zaczeło się bolesne skórcze od razu co minutę. Próbowałam jescze czytać, ale już było ciężko. Zadzwoniłam po M, żeby przyjeżdzał. Po pół godzinie wysłano mnie pod prysznic, a w tym czasie położne przeniosły kroplówkę na rodzinną. Pod prysznicem puściłam sobie wrzącą wodę, która trochę pomagała, bo skurcze już były bardzo mocne... po ok 20 minutach przyszłam położna, żebym wracała, bo muszą mnie pod oksy podłączyć.
Przyszedł M, chciał mnie pomasować tak jak na SR się uczyliśmy,ale nie pozwoliłam mu, bo już bardzo bolało... jedynie wodę mi dawał i liczył długość skórczy i co ile są. Zaraz po 14-ej miałam lekki kryzys psyhiczny bo pomyślałam sobie, że jeszcze pewnie tyle godzin tych bóli, a czas tak wolno leci... Dostałam jakiś czopek przeciwbólowy przy którym kazali mi sie połozyć, nagle poczułam, że ten czopek "wychodzi ze mnie", mówię do M, że czuję parcie... ale że nieee..że to niemozliwe, że to chyba przez ten czopek. Wtedy przyszła położna zbadała i sama nie mogła uwierzyć, że już jest pełne rozwarcie !! Zadzwonili po moją\lekarkę i zaczeło się parcie - wtedy już praktycznie nie bolało..skupiałam się tylko na parciu bo za bardzo szło mi w twarz :-) nacieli mnie, ale nie czułam w ogóle..nawet myślałam że z prawej strony nacieli, ale okazało się że z lewej. i o 14:40 pojawił się Szymuś !! Jeju...normalnie nie mogłam uwierzyć jak go zobaczyłam, takiego zwiniętego jeszcze, z pępowiną !! Pierwsze co powiedziałam to "jeju jaki fajny !! jaki fajny!!", a za chwilę: "jaki mam pusty brzuch!!". M przeciął pępowinę, zaniósł Szymka na test Apgar, wrócił z nim na rękach i uśmiechem na twarzy. Po szyciou przyłożyli mi Małego do piersi, ładnie się przyssał :-) ehhh..cudownie !! Owszem, bolało bardzo, ale jest to ból do zniesienia, wiedząc, jaki jest zakończenie :-):-):-)
Miało być krótko, a i tak się rozpisałam :-) Śmiesznie, bo ledwo mnie przewieźli na salę i kazali przejść na łóżko na sali, to ja zeszłam z tego łóżka i poleciałam do sali obok, dop dziewczyn z którymi leżałam opowiadać. Energia mnie roznosiła po tym porodzie !! i emocje :-) zmęczenie dopiero później przyszło ;-)