a pytanko jest takie: jak pojde do szpitala na wywolanie porodu w czwartek to czego mam sie spodziewac?jestem zielona w temacie?co beda mi robic i w jaki sposob?
Ja pojechałam na wywoływanie w środę, zrobili lewatywę, podpięli pod oksy i kazali chodzić. No to chodziłam po tym korytarzu przez 4 godziny, pewnie z 5km przeszłam

w przerwach robili ktg i badanie czy coś się rozwiera, skurcze były, ale średnio bolesne (bardziej bolał mnie brzuch po lewatywie

). Po 4 godzinach oksy nic się nie rozwarło nawet na milimetr, główka małego wysoko, więc stwierdzili, że dadzą mi spokój do piątku. Cały czwartek sie wynudziłam w szpitalu, w piątek z rana powtórka z rozrywki: lewatywa nr 2

eek

i kroplówka z oksy. Tym razem chodziłam 2godz, skurcze były bardziej bolesne, ale w badaniu dalej absolutnie NIC, rozwarcie na 1,5 palca i ani drgnie, główka się nie wstawia. I mówią mi, że w niedziele kolejna próba. Ale się zbuntowałam, powiedziałam, że napewno nie będę przez weekend czekać w szpitalu, więc stwierdzili, że wypuszczą mnie na przepustkę i w poniedziałek mam się z rana stawić do porodu. W sobote wieczorem coś zaczęłam czuć, brzuch bolał jak na okres, pół nocy nieprzespałam, bo plecy bolały niemiłosiernie. O godzinie 6 rano wstałam, poszłam przed tv, w ciągu godziny dostałam skurczy co 3min, ale bolało nadal średnio. Pojechałam do szpitala ok 7.30, przyjęli mnie, zrobili ktg, trzecią w ciągu 5dni lewatywę

wściekła/y

i podpięli pod oksy i kazali chodzić. O 11 miałam kolejne badanie, rozważali przebicie pęcherza z wodami, ale jako że główka nadal nie schodziła, rozwarcie 1,5 palca - brak postępu porodu, zdecydowali, że robią CC. O 11.30 poszłam na sale operacyjną, a o 11.45 urodził się mój synuś kochany.
Dla mnie najgorsze w tym wszystkim było to czekanie kilka dni i niepewność czy już, czy za chwilę, czy w nocy, czy rano i czy w ogóle coś ruszy

pozatym inne kobiety przychodziły, rodziły i wychodziły, a ja leżałam bezsensownie i się tylko wkurzałam, że ja tak nie mogę

