zuzia a z czy tu sobie radzić?? Ja tego problemu nie mam bo od samych narodzin Hanki mój M bardzo dużo robił przy małej.. nie, że pomagał, ale sam kąpał, sam karmił, sam przebierał.. sam robił jedzonko, sam robił wodę do kompieli, bo mnie takie jego "asystowanie" jeszcze bardziej meczyło niż pomagało i ustalliśmy, że robimy to pół na pół.. jak mi raz powiedział, ze jest przerażony jak ma ją trzymać to mu powiedziałam, że jestem takim samym człowiekiem jak i on i jakoś ja z tym moim przerażeniem walczyć muszę tylko dlatego, że jestem "MA-MA" a co.. TATA to tylko do płodzenia jest? No i teraz jak wychodzę wieczorami ze znajomymi, to nie muszę zostawiać instrukcji typu o 19 kąpiel o 20 kolacja, na kolecja to, to i to, zagotować, zamieszać 7 razy, dosłodzić, przemieszać, ostudzić.. o nie.... mój M doskonale wie co i jak ma robić bo robi to od początku.. i jeszcze nigdy nie usłyszałam pretensji, że ja gdzieś idę i go zostawiam z dziekciem, bo on uwielbia zostawac z małą.. ale każdy facet jest inny.. on pod względem opieki nad dzieckiem jest bezbłędny.. za to ścieramy się na temat sprzątania.. niby dużo pomaga.. nawet bardzo.. ale co ja się go muszę uprosić to byście nie uwierzyły.
Zuzui nie wiem jak jest u Ciebie, ale zauważyłam wśród znajomych, że wiele winy leży po stronie mam a nie tatusiów jeśli chodzi o pomoc przy dziecku, a raczej jej brak.. choć ciężko też obwiniać kobiety, bo to sprawa głównie hormonów, które mają nad nami władzę po porodzie.. Wiele z moich koleżanek były tak zapatrzone w swoje dziecko po narodzinach, że nie pozwalały się nikomu do dziecka zbliżać, bo one same wszystko zrobią najlepiej! Odtrącały młodego tate i inych członków rodziny.. liczyło się tylko nowonarodzone... Więc nie dziwi mnie później takie podejście tatusiów, że oni sobie nie poradzą.. część wynika z lenistwa, część z zazdrości o żonę (no bo jak może żona łazić a on w domu z dzieckiem?) a częśc właśnie z tego, że od samego poczatku miał wpajane, że sobie z dziekciem nie poradzi.. Ja też na początku niby pozwalałam mu robiś wszystko, ale so sekundę dyskretnie się upewniałam, czy Hanki nie utopił, nie połamał jej rączek i nóżek przy przebieraniu przy zabawie, czy przypadkiem właśnie się nie dławi jedzonkiem itp.. ale po około miesiacu wpadłam w depresję bo zawazyłam, ze on sobie radzi lepiej ode mnie..........................................
Najwazniejsze, że już się wyrównało.. jak chcemy pójśc razem to albo bierzemy Hankę (np do znajomych i ona tam sobie w wózeczku śpi) albo jak na impreze to zostawamy ją z babcią.. jak ja ide z moimi znajomymi to M ma dyżur, a jak on wychodzi to dyżuruję ja

Równowaga pod każdym względem jednym słowem
