Jestem w szpitalu. Po bojach i przebojach w koncu mnie przyjeli. Badala mnie mloda lekarka z ip i ona (jak ten lekarz z wczoraj) byla za przyjeciem, a lekaz dyzurny (taki jej szef) byl zdania, ze jutro mam sie zglosic na ktg i usg kontrolne. No byly sceny, bo ja w placz, lekarka mnie uspokajala. Jeszcze raz poszla do tego lekarza, pokazala wczesniejsze usg wg ktorych Leos rosl prawidlowo i w koncu zdecydowali, ze mnie przyjma na ginekologie, bo na patologii nie ma miejsc. Strasznie sie nadenerwowalam i zryczalam, a teraz leze na ginekologii. Na razie dwie panie polozne z oddzialu byly bardzo mile.
Lekarka mi powiedziala, ze lekarz wczoraj powinien mnie uprzedzic, ze jak nie zostane od razu to moze nie byc miejsc przez kilka dni, bo szpital jest mega oblozony (i oblezony najwyrazniej tez). Ja naiwna tez nie pomyslalam, ze ryzykuje wracajac wczoraj do domu. Lekarka z ip powiedziala, ze maja wyjatkowo duzo pacjentek. Same kobiety w ciazy, tlum (wczoraj o 16 byl juz spokoj, dzisiaj nadal pelna poczekalnia).
Jutro mam nic nie jesc, i byc moze podejma decyzje o cc jutro lub we wtorek. Raczej nie beda mnie trzymac do planowanego terminu cc w pt.