Najbardziej męczące i absorbujące jest karmienie piersią. Dopóki karmiłam piersią, a Kuba ssał 24h na dobę (pisałam o swoich problemach w innym wątku), to naprawdę było koszmarnie - zero czasu na toaletę, porządny posiłek, sen, snułam się po chałupie jak cień samej siebie, nieuczesana, nieubrana, niewyspana, czasem nieumyta:-):-):-). To wszystko w połączeniu z tzw. "poporodowym spadkiem hormonów" sprawiało, że czułam się fatalnie psychicznie, miałam wrażenie, że sobie nie radzę, że nie potrafię się zorganizować, nad niczym nie panuję i w ogóle, że jestem do bani. W końcu tyle się nasłuchałam od mojej mamy, jak to świetnie sobie radziła sama z dwójką małych dzieci (bo tato był w tym czasie na "eksporcie" w Niemczech i wracał na weekend raz na 2 tygodnie). Po dwóch trzech tygodniach sytuacja jakoś zaczęła się klarować. Przede wszystkim przeszłam na karmienie butelką i od tego momentu zaczęłam jakoś funkcjonować. Wypracowałam sobie własny system zarządzania czasem i obowiązkami. Przede wszystkim mój mąż okazał się nieocenionym wsparciem. Opieką nad maluszkiem podzieliliśmy się po równo. Przewijanie, spacery, nocne wstawanie, kąpiele, wszystko - o ile się dało - robiliśmy razem albo na zasadzie dyżurów. Dzięki dyżurom nocnym mogłam dłużej pospać, spałam też w dzień pomiędzy karmieniami maluszka. Podczas niektórych drzemek synka zabierałam się za "kosmetyczne" porządki, brałam kąpiel, siadałam przed komputer itp. Zaczęłam wychodzić "do ludzi", a synuś z powodzeniem zostawał z mężem na kilka godzin. Teraz stwierdzam, że to były najwspanialsze dni, kiedy Kuba tylko jadł, spał lub grzecznie czuwał w łóżeczku. Prawie w ogóle nie płakał, jeśli nie liczyć krótkiego etapu kolki. Mam nadzieję, że Tymek wrodzi się do brata i też będzie grzecznym chłopczykiem. Liczę tez, że moja mama będzie dalej zabierać Kubę do siebie do 15:00.
