W naszym mieście nie ma za dużego wyboru zajęć pozalekcyjnych, a niestety moja siostra jest bardzo wybredna pod tym względem. Od piątego roku życia trenuje taniec towarzyski, ale nie złapała chęci po rodzeństwie i nie lubi tam chodzić. Miała przerwy, w niedziele był ostatni pokaz... i pewnie już naprawdę ostatni.
Od trzeciego roku życia chodziła na skrzypce, ale też z przerwami, bo nie dało się z nią walczyć, żeby poszła, bardzo nie chciała. Po roku przerwy nagle stwierdziła, że jest skrzywdzona, bo nagle jej się zachciało iść i mama kazała jej się kilka dni zastanowić czy na pewno. Pochodziła pięć miesięcy i już koniec.
Na angielski chodziła w kratkę, bo ciągle nie chciała, ciągle były wojny, aż w końcu ją mama wypisała.
Czy taki bunt i niechęć do wszystkiego jest normalny?
Ja jak już coś zaczynałam, to tego nie przerywałam przez kilka lat. I zawsze chciałam. A ona przez kilka lat powtarzała, że marzy o lekcjach baletu. W końcu mama zawiozła ją na lekcję baletu do innego miasta (40 km dalej) i już po jednej jej się odechciało. Teraz próbujemy basenu, była na czterech lekcjach i na szczęście, jeszcze jej się nie odechciało...