Jak napisałam tak czynię:
Zanim przejdę do porodu to muszę napisać, że mój mały smok pchał się na ten świat dużo wcześniej niż powinien. Moja ciąża nie przeszła bezproblemowo, w 26 tygodniu dopadły mnie skurcze, groził mi poród przedwczesny, wylądowałam w szpitalu w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie na patologii ciąży, leżałam 18 dni pod kroplówką z lekiem przeciwskurczowym i po tym czasie skurcze minęły, ale strachu się najedliśmy co nie miara. Nasłuchałam się też tam różnych smutnych historii i marzyłam żeby stamtąd wyjść. Strasznie się wtedy byłam o moją malutką dzidzię, tym bardziej że nasz synek ważył wtedy tylko 1 kg.Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Po wyjściu ze szpitala kazali mi stosować „leniwy” tryb życia z uwagi na krótka szyjkę i ryzyko wcześniejszego porodu. Tak się oszczędzałam, że wytrzymałam w tej ciąży do 42 tygodnia i zaczęłam marzyć o porodzie. Było mi ciężko spać poruszać się.... a skurczy żadnych nie było .... Po tym co widziałam i słyszałam w tym szpitalu nie chciałam tam rodzić, zdecydowaliśmy wspólnie z Markiem, że opłacimy sobie prywatną położną, w szpitalu Świętej Zofii była taka oficjalna możliwość. Podpisaliśmy z położną i ze szpitalem umowę.
Tego dnia (porodu) nigdy chyba nie zapomnę. Termin miałam na 6 września. Wtedy odszedł mi czop śluzowy, ale potem nic kompletnie się nie działo. Był juz 15 wrzesień i nic. Jeździłam reguralnie na ktg ale nic ...a moja zarezerwowana połozna od 17 września wyjeżdżała na urlop

2 tygodniowy. Już się bałam że nici z naszej umowy, że nie zdążę urodzic do tego czasu. 16 września na 9:00 rano pojechałam na ktg do szpitala, wcześniej dzwoniła moja połozna i powiedziała, że przyjedzie do szpitala, że zobaczymy, może będziemy rodzić. Jak tak powiedziała to juz wiedziałam, że będziemy rodzić na 100% przecież na darmo by nie przyjeżdżała

. Na ktg skurczy prawie nie było, były bardzo znikome, nie takie jak 26 tygodniu (wtedy to były 'tatry' na wydruku ktg, a w dniu porodu conajwyżej 'wyżyny'). Lekarka zadecydowała, że trzeba wywołać poród, bo to juz zbyt długo trwa. Położna przebiła mi pęcherz płodowy, wody było sporo, nie sądziłam, że tak dużo. Potem poszliśmy na sale porodową, była 10 rano. Cały czas towarzyszył mi mąż. Poród wspominam nie najgorzej, chociaż nie było całkiem łatwo, najpierw skakałam na piłce, potem trochę siedziałam w wannie z ciepła wodą, a jak zaczęło bardzo boleć to już na łóżku leżałam, cały czas pod oksytocyną. Do końca myśleliśmy oboje, że urodzę, położna (wspaniała kobitka) była bardzo ciepła i wspierała nas, cały czas monitorowała serduszko dzidzi. Od czasu do czasu wychodziła. Po jednym z takich wyjść przyszła z lekarzem, powiedzieli, że lekarz musi mnie zbadać. Zbadał powiedział, że jest ok i że urodzę i poszedł. Cholernie mnie bolało, poprosiłam o znieczulenie ZO, dostałam i potem było jak w niebie, prawie mnie nic nie bolało, a skurcze były, super, poczułam się jak nowonarodzona. Około godziny 15:00 (po 5 godzinach) było już rozwarcie na 10cm, zaczęły się bóle parte, bolało coraz to mocniej,zieczulenie już nie działało, dostałam więc drugie, ale nie pomogło, nie zadziałało, ból był okropny. Położna mnie zbadała, potem wyszła i przyszła z lekarzem, cały czas spokój i cisza, oni spokojni, czułam się bezpiecznie, lekarz zbadał mnie i powiedział, że jednak nie urodzę sama, że dziecko jest duże i weszło "odgięciowo" w kanał rodny, że trzeba zrobić cesarkę. Jak to usłyszałam to zamarłam ze strachu, byłam przekonana, że urodzę sama. Wszystko działo sie jednak tak szybko ze nie zdążyłam się dobrze namartwić. Jak tylko lekarz zakomunikował o cesarce, na salę wpadła ekipa (już wczesniej gotowa) w zielonych kitlach, przeniesli mnie na inną salę, za chwilę przyszedł do mnie tez Marek (wystrojony na zielono) tam dostałam znieczulenie, co było bardzo trudne, bo musiałam położyć się na boku, a cały czas miałam skurcze i leżeć nieruchomo przez chwilę, w chwili wkłucia akurat miałam skurcz, a nie mogłam drgnąć, dałam radę, ale było ciężko, po chwili znieczulenie zadziałało i nic nie czułam, a za moment, poczułam takie jakby minimalne szarpanie brzucha i zobaczyłam jak pielęgniarka niesie moje dziecko żeby udrożnić mu drogi oddechowe, chwilę zamarłam, bo malutki nie płakał, po chwili usłyszałam jego płacz, ważył 4200, Marek dostał go na ręce i przyniósł do mnie ( w tym czasie mnie szyli), przytulałam go, głaskałam, Michaś miał czarne kręcone włoski

, granatowe oczka i zniekształconą główkę, bo już 1/4 tej główki siedziała w kanale rodnym. Całość trwała może z 5 minut (z przeniesieniem na inna salę). Marek cały czas był przy mnie, stał przy mnie i trzymał za rękę, nawet próbował podglądać gdy mnie cięli, wyglądał za parawanik, ale anestezjolog mu nie pozwolił, bo mówił, że nie chce go zbierać z podłogi

.Gdy zobaczyliśmy nasze dziecko oboje się wzruszyliśmy
Jak tylko mnie zszyli to mnie przewieziono na inna salę, za chwilkę moja położna przyszła do mnie z Michasiem i przstawiła mi go do piersi, jeszcze nie wiele czułam, ale po chwili zeszło znieczulenie i poczułam jak mój mały synek mocno przyssał się do cysia. Marek był przy nas. Na pierwszą noc Michasia mi zabrano, bo nie mogłam jeszcze ruszać nogami, bo znieczulenie działało (okropne uczucie), a następnego dnia rano miałam go już 24 godziny na dobę. Sama go przebierałam, karmiłam, tylko do kąpania przychodziła pielęgniarka.
Nie ukrywam że pierwsze dni po cesarce były straszne, okropnie bolało, cięzko było mi się podnieść, usiaść, trochę pomagały środki przeciwbólowe, ale nie za wiele. Na szczęście miałam prawie non stop (oprócz nocy) przy sobie męża, który bardzo mi wtedy pomagał przy Michasiu. Byłam na sali dwuosobowej z łazienką, więc było w miarę komfortowo i nie musiałam pokonywać większych odległości bo każdy krok wiązał się z bólem. W 4 dobie wypuścili nas do domku.
Teraz tego bólu i strachu w zasadzie nie pamiętam ... i na wspomnienie porodu usmiecham się, mimo, że nie udało mi się urodzić naturalnie i trochę strachu było.