Agnieszkaala, Twoje powitanie zwróciło mi uwagę na pewne konwenanse językowe. Zazwyczaj widamy nowych stwierdzając, że miło nam, że dołączyli, miło nam ich powitać. Tutaj faktycznie taka standardowa formułka nie pasuje i w zasadzie to niemiło powitać nowych - bo niemiło, że komuś się coś przykrego wydarzyło.
Chyba faktycznie będę się zabezpieczać do czasu pierwszego okresu, choć przyznam Wam szczerze, że to dosyć okropne. Od lat się nie zabezpieczam. Unikając ciąży zdawałam się na własne ciało, w które w tej chwili nie jestem się w stanie wsłuchać, zachowuje się kompletnie obco i źle mi z tym - ta metoda "antykoncepcji" zatem odpada. Dodam, że nie wsłuchiwałam się przesadnie, nie latałam z termometrem co rano, pilnowałam innych objawów i kalendarza (mam wszystko bardzo regularnie i mój cykl jest wyjątkowo odporny na stresy, choroby, wyjazdy itp.), wychodząc z założenia, że jakby mi się zdarzyło błędnie ocenić sytuację, no cóż.. tylko byśmy się z tego ucieszyli

Dlatego myśl o zabezpieczaniu się wydaje mi się wyjątkowo niewygodna, to tez będzie takie obce i dziwne, tym bardziej, że jesteśmy zdecydowani na dziecko... No ale cóż, teraz w obserwacjach mogę się mocno pomylić.
Wiecie co? Ja chyba jestem dziwna. Minęły dwa tygodnie raptem, a ja jestem w zaskakująco dobrym stanie. Nie zaprzeczam, są gorsze momenty. Źle się czuję w towarzystwie, które zaczyna opowiadać o swoich dzieciach, ich problemach wychowawczych, itp. Nie jestem jeszcze w stanie wrócić do pracy, coś we mnie cały czas piszczy, że nieNieNIENIEnieeee (moja praca polega głównie na skupianiu się na cudzych dzieciach i dyskusjach na temat dzieci z ich rodzicami, pewnie dlatego), więc siedzę na urlopie, ale poza tym jest naprawdę dużo lepiej, niż myślałam. Już nie płaczę, nie rozpamiętuję, nie zastanawiam się, dlaczego, tylko głównie zastanawiam się nad przyszłością. Dużo się śmieję, dużo robię, chcę wychodzić do ludzi - i tu się pojawia trochę ściana, bo ludzie się mnie boją. I chyba oczekują, że będę płakać, siedzieć w domu, i jeszcze raz płakać. Ewentualnie wpadać w histerię albo w niepohamowaną złość. Nie pasuje im, że ja się uśmiecham. I chyba nie ufają. Pewnie boją się, że teraz się uśmiecham, a za chwilę jednak wpadnę w histerię lub furię. I nie będą wiedzieli, co zrobić. A poza tym chyba nie przystoi być wesołym i zadowolonym z życia, jak się dopiero co straciło dziecko. Bo co to za matka. Bez uczuć normalnie.