Witam wszystki serdecznie.. jestem tu pierwszy raz..... i tak czytam... dużo smutku i rozpaczy w tych postach;( Podobnie jest u mnie. Tydzień temu dowiedzialam się,że w 9 tyg. serduszko mojego maleństwa przestało bić;( Zgłosiłam się od razu do szpitala... nie przyjęli mnie od razu co mnie strasznie zdziwiło;/ Zbadali... powiedzieli,że z racji tego,że w październiku miałam konizację z powodu CIN III, to chcą poczekać na samoistne poronienie. Zaczęłam krwawić 6 dni później (na 7 dzień miałam być przyjęta na oddział Kliniki Rozrodczości). Projechaliśmy z mężem do szpitala. Przyjeli mnie, ale na następny dzień wypuścili bo krwawienie jeszcze nie jest obfite i kazali czekać;( Chciałabym żeby juz było po wszystkim...... Mam czekać do 2 czerwca, a to jeszcze cały tydzień... mówili,że nie grozi mi zatrucie ale jak tylko będzie mnie bolało, krwawiło lub będzie gorączka to przyjechać... Czy to wszystko jest normalne? Mam 25 lat i łyżeczkowanie bez problemu robią młodszym kobietą.. a ja mam czekać...;/ Straszne to uczucie wiedząc,że dzieciątko już nie żyje a ma się je pod sercem cały czas;( Psychicznie już nie daję rady.... do szpitala dostałam psychologa,,, ale co z tego jak tego cierpienia nie da się opisać:.....Tak bardzo chcieliśmy mieć maleństwo.. rok starania.... i nie wyszło.....
Wracając do przedmówczyni :] To sama jestem ciekawa jak to wszystko wygląda z przytulniem po... strasznie brak tego ciepła.... każdej ze stron choć każda inaczej reaguje...