Jasne że broniłam go jako męża. Broniłam tak mocno, jak mocno nie wierzyłam, że on mógłby coś takiego zrobić. Przecież miał piękną (a jakże

) młodą żonę, wspaniałą córeczkę, która mimo przeciwności losu była silna, zdrowa i dawała mnóstwo radości, miał pracę w której był doceniany i szanowany, urządzaliśmy nasze pierwsze (potwornie maleńkie, ale co tam) mieszkanie... Dla mnie nierealne było to, żeby mógł dopuścić do sytuacji, w której ryzykowałby utratą tego wszystkiego. A jednak.
Ja krótko po tym jak go aresztowali złożyłam wniosek o rozwód. Sprawa potoczyła się szybciej niż się spodziewałam. Na jednym 40 minutowym posiedzeniu dostaliśmy rozwód z orzeczeniem o winie i oczywiście alimenty na malutką. Wiadomo, że jest niewypłacalny, ale już za miesiąc będzie mi płacił fundusz. Nie będziemy już razem, to oczywiste. Jest jednak tatą Miśki i mimo wszystkich tych złych rzeczy, które do niego czuję... ech. No jest tatą no i już. Odkładam jej listy, które do niej pisze. Jak pyta gdzie tatuś, to mówię że jest bardzo daleko, ale kiedyś wróci i że bardzo ją kocha. Staram się w tej swojej złości nie skrzywdzić dziecka, chociaż czasem niełatwo jest zagryźć zęby i nie powiedzieć czegoś niemiłego jak słyszę że "tatuś kupi buciki"
Uff, fajnie to wszystko z siebie wyrzucić