Witajcie,
ja dziś dłużej pospałam, bo w nocy spać nie mogłam. Znowu mi się śnili lekarze, porody itp. Coraz bliżej terminu i coraz więcej obaw w głowie....
Czytam Was od jakiejś godzinki, chciałam się włączyć kilka razy ze słowami otuchy dla każdej kolejnej dziewczyny, która pisała o problemach związkowych, ale chyba zaczęłabym się powtarzać... Ja też coś Wam opowiem, o związku, w którym to kobieta była tą złą, która odeszła, która została przez to napiętnowana przez całą rodzinę, znajomych... 3 lata temu przeprzeżyłam okrutny kryzys z moim M. i powiem Wam szczerze, że to ja go zostawiłam, to ja miałam wątpliwości czy go kocham i uciekłam prawie sprzed ołtarza. Bardzo go zraniłam. Oczywiście to nie było celowe. Po prostu wolałam powiedzieć o swoich wątpliwościach niż budować coś na kłamstwie. Pomógł nam czas... nie było kłótni, pretensji... Po roku przerwy nasza miłość dojrzała i wtedy postanowiliśmy spróbować. Teraz jesteśmy najszczęśliwści na świecie

Myślę, że gdybym została to skończyłoby się tak, że żylibyśmy ze sobą, a raczej obok siebie. Dlatego uważam, że taka toksyczna walka i ciągłe przepychanki powinny czasem ustąpić rozstaniu. Rozstanie nie musi być końcem, a wręcz przeciwnie może być pięknym początkiem rozumienia pojęcia bycia z kimś. Nie wiem czy rozumiecie o co mi chodzi. I nie chciałabym żadnej z Was urazić, ale tylko uświadomić, że rozłąka (jeśli były już rozmowy i kłótnie) może być jedynym ratunkiem dla związku. Ja przynajmniej tego potrzebowałam, żeby w samotności zrozumieć czego chcę od życia.
Mam nadzieję, że znajdziecie w sobie dużo siły (Angel, Justynka), żeby to przetrwać, nie ważne jaki będzie finał, nawet jeśli będzie nim samotność. Bo czasem jest ona lepsza, niekoniecznie dla Was, ale na przykład dla tej drugiej osoby, która będąc daleko nie będzie Was już ranić...
A może wszystko się u Was ułoży? Kto wie. Trzymam kciuki, żeby los przyniósł Wam to, co dla Was najlepsze
Iza - jesteś silną kobietą, a której wiele innych powinno czerpać siłę do walki o swoje szczęście.
I tyle ode mnie.