Witam i na tym wątku po 10-dniowej nieobecności w necie. Kilkanaście dni temu pisałam dziwnych bólach brzucha i twardnieniu całego brzucha. Podczas badania u ginki wszystko było ok, szyjka zamknięta, długa. Ale 10 listopada w nocy poczułam jak coś ze mnie wypływa, dosłownie. Wstałam do toalety a tam spodnie od piżamy mokre w calusieńkim kroku. Bardzo się wystraszyłam i czym prędzej do szpitala. Leżę w nim do dziś. Okazało się, że sączą mi się wody ale mam ich dużo więc troszkę przestałam się martwić. Po trzech dniach sączenia, w nocy dostałam identycznego wypłynięcia jak przed przyjściem do szpitala, poczułam jak wypływają i całe majtki mokre. Po zbadaniu i USG okazało się, że owszem sączą się, ale dalej jest ich dużo. Dostałam sterydy na rozwój płucek u dziecka i do dziś dostaję antybiotyk, aby nie doszło do infekcji u mojego synka. Na dzień dzisiejszy jest ok, nic się nie sączy, nic nie boli, brzuch mam nawet miękki, ale leżę plackiem, wstaję tylko do toalety i pod prysznic. Lekarze nie mówią ile poleżę ale moja położna mówi, że ponoć aż do rozwiązania - im dłużej dziecko będzie w brzuszku, tym lepiej. Więc potulnie leżę, przekładając się tylko z boku na bok.
Pozdrawiam