Boże ja czytam o tych cc i płacze. Jak już tak piszemy to Wam opiszę swój.
Miałam wywoływany poród w 41+5. Najpierw założony cewnik foleya. Pół dnia i cała noc z tym, rano wypadł. Pani zaprosiła mnie do pokoju. Nagle ni z tego ni z owego już byłam po lewatywie, nie pytała czy chce tylko robimy i już. Potem na salę porodową. Od 9:00 podłączona oksytocyna. Skurcze się nasilały, mąż przyjechał w międzyczasie. Nie pozwolili mi nic jeść, jedynie piłam wodę i było mi słabo w głodu już w pewnym momencie. Anestezjolog przyszedł podać mi zzo. Wyprosili męża z sali. Nie wiem co było nie tak, ale wkuwał mi się w kręgosłup 11 razy. Dopiero za 12-tym mu się udało trafić w przestrzeń miedzykregowa. Płakałam wtedy z bólu, jak sobie przypomnę to czuję ból kręgosłupa i to klucie z naciskiem. Stwierdził że mam wąska przestrzeń między krwgami i to dlatego, ale na ile to prawda nie wiem. Później akcja stanęła. Przebił mi pęcherz płodów. Ruszyło. Dotarłam do 8cm rozwarcia. Warto zaznaczyć że ordynator owego szpitala to zagorzały zwolennik SN. Mną zajmowała się lekarka, prywatnie jego córka. 8cm miałam przez jakieś 4godziny. Skurcze już mocne, regularne. Jestem bardzo wytrzymała na ból, ale wtedy już Zaczęłam płakać z bólu i bezsilności, gdy położna powiedziała do nas "niedługo dziecko będzie, już mamy 8cm". Wykrzyczalam jej, że te 8cm mam już 4godziny i ile jeszcze mam czekać. Wtedy zrobiło mi się wszystko jedno, chciałam tylko szybko urodzić. Na szczęście nadeszła zmiana warty. Przejął mnie lekarz. Pan doktor po 10 min podszedł do mnie, sprawdził na skurcz ach jak to wygląda wsadzajac rękę wiadomo gdzie. Ból cholerny. Powiedział że jeszcze poczekamy. Po 5min wrócił i powiedział że nie ma na co czekać i jedziemy na cesarke. Szybkie pytania o zgodę, podpisywanie papierów. Ja wtedy juz modlilam się o koniec. Mąż przerażony, że biorą mnie gdzieś gdzie on nie może mnie już trzymać za rękę. Był tak wystraszony, po całym dniu patrzenia na mój ból. Zadzwonił do moich rodziców którzy byli już w domu z racji późnej pory, wyproszono ich z korytarza szpitalnego. Szybkie dodanie mi znieczulenia, cięcie. Pan doktor zrobił mi piekna, równa i malutka blizne. Do końca zycia będę mu wdzięczna, gdyby słuchał ordynatora i nie zdecydował po 12 godzinach porodu na moją cesarke to synka urodziła bym martwego lub uposledzonego. Okazało się że był owiniety w szelki z pepowiny pod rączki, nóżki i dwukrotnie wkoło szyi. Dlatego nie mógł zsunac się niżej i nie postępowało rozwarcie. Mój mały urodził się z siną rączka ale na szczęście nic mu nie jest i wszystko dobrze się skończyło. Męża wygonili do domu o była 21:15, mnie zwiezli na dół na oddział, na salę pooperacyjna. Było mi bardzo zimno pamiętam. Zobaczyłam tylko mmsa od męża ze zdjęciem synka. Nie byłam w stanie odpisać bo cała trzeslam się od dreszczy. Mężowi kangurowania nie proponowali, ja nie mogłam. Na górę na oddział wywieźli mnie po 12h czyli o 9 rano następnego dnia. O 10 przywiozła mi dziewczyna synka. Nie mogłam się ruszyć, bo jeszcze byłam nie spionizowana i nawet go nie widzialam. Podała mi synka i już miałam się zajmować mimo braku możliwości ruchu. Ze mną na sali dziewczyna też po cc. Jak mąż przyszedł to się zajął, położna mnie spionizowała. Bol i nieprzyjemne ciągnięcie, ale wstałam na raz żeby mieć za sobą. Przyjechali rodzice, mama pomogła mi się umyc. Potem już jakoś szło powiedzmy. Jedynie co to przez około miesiąc jeszcze mnie w nocy podnosił mąż. Tak bardzo piekly mnie wnętrzności, mięśnie rozciete, ból okropny w środku że nie mogłam sama się podnieść. Jeszcze miałam dziwne braki czucia w nogach po kilka godzin dziennie. Prawdopodobnie przez próby wklucia Pana anestezjologa
Tak czy inaczej teraz chce rodzic również cc. Boję się powtórki z rozrywki, boję się że tym razem mogliby nie zdążyć. Bardzo chciałam urodzić SN, ale teraz strach mi nie pozwoli podjąć tej próby ponownie