Corin 
o matko kochana kurde nie mają te dzieci co robić w domu ??
Eeee, w domu.... przecież oni zaczynają ciężki dzień w szkole, wiec ku pokrzepieniu browarka sobie strzelaja, papieroska machną i od razu lepiej... :-(
Musze się wam wyżalić. Po raz kolejny doznałam "miłości ojcowskiej"
Ale niestety będzie to długi wywód.
Jak byłam w 4 klasie moi rodzice się rozwiedli, od tej pory widywałam ojca tylko przy okazji moich urodzin, kiedy to wpadał z paczką i tłumaczył mi jaki jest nieszczęśliwy że mnie nie widuje...
Kiedy poznalam mojego obecnego męża ten sie uparł że mam naprawić stosunki z ojcem i krok po kroku zaczynalo być coraz lepiej, Teraz jesteśmy na etapie, że ja ich odwiedzam, oni nas przy okazji (urodzin).
Ojciec jest, moje dzieci go znają, dla ich dobra udaję, ze jest wszystko ok. On ozenił sie po raz drugi z kobieta która ma 2 córki z pierwszego małżenstwa (jak pisze o siostrach, to wlasnie o nich) i te dziewczyny mają dzieci. Moj ojciec traktuje tamte dzieci jak wnuki (zreszta mówią do niego dziadku) moje dzieci niby tez sa jego wnukami, ale drugiej kategorii.
Nauczyłam się z tym życ, choć to boli.
Nauczyłam się też że tamte dziewczyny sa dla niego bardziej córkami niż ja. To one wszystko od niego dostają, ja nic. To im zabezpieczył przyszlość na wypadek jego smierci, ja nie dostane nic.
Nauczylam się więc żyć obok, jak z sasiadem w dobrych stosunkach, o nic nie prosząc.
tyle tytułem wstępu.
Dziś okazalo się ze jutro musimy z mężem oboje stawić się w banku w zabrzu. Taki wyjazd to 4 godziny jak nic. Dzieciaki mam chore, więc nie moga z nami jechać, samych ich też nie zostawię.
Moja mama wczoraj miała operację, musi leżeć przez tydzień.
Mój ojczym zajmuje się swoim obłożnie chorym ojcem, nie moze go zostawić ani na moment.
Jesteśmy w kropce.
Po raz pierwszy od rozwodu, zadzwoniłam do swojego ojca z prośbą, żeby jutro przyjechał na 4 godziny i posiedział przy moich dzieciach.
Kuźwa ile problemow sie nagle pojawiło.
Najpierw było, ze musi odebrać wyniki w przychodni, potem że znajoma przyjeżdza o 11 i musi ja odebrać z dworca i przywieść do domu. Jeszcze ze musi swojej matce zakroplic oczy, która chwilowo z nimi mieszka.... i milion dwiescie innych...
Powiem wam odechciało mi się, naprawde wszystkiego.
Na pokaz przed innymi jest miły dla mnie i uśmiechniety i ciagle deklaruje chęć pomocy, a jak przyjdzie co do czego to jest milion problemów...
W koncu mu powiedzialam ze nie chce robic mu problemow, skoro znajoma nie moze przyjechac taksówka, a on wyniki musi koniecznie rano odebrac, to my to zalatwimy inaczej. Poprostu najpierw ja pojade do zabrza, a potem mąż i rozłączylam się.
15 min później mi oddzwonił że przyjedzie. Ale oświadczył mi to takim tonem, ze wolalabym chyba zeby nie dzwonil....
Sorki, ze wam marudzę ale aż mi się chce ryczeć a nie mam się komu wygadać...