U mnie na studiach jeden lekarz (na pediatrii) przedstawił teorię na temat ubierania dzieci. Opowiadał dużo o przegrzewaniu o konsekwencjach i mnie do swojego punktu widzenia przekonał. Twierdził, ze dziecko należy od samego początku ubierać tak jak siebie bo mimo iż małe dziecko nie rusza się to ze względu na małe ciałko ma mniejszy układ krążenia, szybszą akcje serca i dzięki temu nie marznie bardziej niż dorosły. Twierdzi, że teoria o jednej warstwie więcej jest zła.
Oczywiście co lekarz to opinia i każda matka robi jak chce, ale może kogoś to zainteresuje,
Ja córę ubieram od zawsze tak jak siebie, albo lżej bo ona nie lubi jak jej za ciepło. Czapki i rajtuzy zakładam dopiero przy temperaturze bliskiej zero chyba, że jakoś bardzo wieje. W domu zawsze ma krótki rękaw i chodzi bez skarpetek (sama sobie zdejmuje).
U niej to się sprawdza bo raz, że nie choruje wcale, a dwa, że nawet jak ją przewieje, albo przemarznie to i tak nic jej nie łapie. Ma odporność jak koń, ale może to też kwestia genów.
Na wyjście ze szpitala planuję naszykować body+spodenki (albo pajac w całości) i kombinezon cienki lub gruby. Kupię go dopiero tuż przed porodem- zobaczę jaki ten listopad będzie. Jak będzie ciepło to kupię jakiś przejściowy żeby potem zimowy kupić już na 68.