Między innymi.

Ale od początku. Najpierw zrobiłam cały panel hormonalny, bo okres się spóźniał 6 dni, a testy wychodziły negatywne. Pomyślałam, że i tak chcemy zacząć starania, to będzie dobrze, jak ogarnę te badania. Beta wyszła 3, progesteron 10,1, reszta w super normie - oprócz antyTPO, które było lekko podwyższone.
Przyjaciółka na to: "Słuchaj, powtórz oba parametry, bo jak ja miałam negatywy, to beta mi wychodziła <0,2. Zobaczysz też czy progesteron będzie ok". 4 dni później, czyli 24.02 powtórzyłam i beta była na poziomie 8,4, ale za to progesteron - 5,7. Dzień później trafiłam do ginekolog, bo zaczęłam też odczuwać spory dyskomfort po prawej stronie brzucha. No i wtedy wyszła 6 cm torbiel czynnościowa

Więc ginekolożka stwierdziła, że progesteron przepisze, raz że ze względu na możliwość ciąży, a dwa - żeby wspomóc wchłanianie torbieli.
No i tym sposobem w dniu wczorajszym miałam betę na poziomie 488 i pęcherzyk, a torbiel zmniejszyła się o prawie połowę

Więc narazie grzecznie czekam co będzie dalej. Chociaż trochę stresuje mnie splot tych dziwnych okoliczności.