Flaurka
Fanka BB :)
As - dużo siły Wam wszystkim
Dobrze, że mamy to forum, bo dzięki niemu mozna się przekonać, że te wichury, które targają teraz naszym życiem to nie tylko nam się dzieją. Pamiętam jak pisałam posta o tym, ze nasz mały ryczy całe wieczory - po waszych opisach słodkich bobasków usypiających zaraz po kąpaniu i mleczku trafiało mnie coś brzydkiego, że co ja kuźwa robię nie tak... A tu się okazuje, ze jest więcej mam, które posiadają takie słodkie pociechy jak moja
Piszecie o kłótniach z tatusiami - byłam tam, i pewnie jeszcze będę - nowe rzeczy przed nami
Ja już wróciłam z tej wspaniałej podróży, jaką jest niańczenie dziecięcia 24/7, czy to potrzebne czy nie. A zaczęłam już w szpitalu, kiedy to patrzyłam się jak on śpi, zamiast samej zasnąć. Potem na każdy dźwięk jakie dziecko wydało zrywałam się na równe nogi i leciałam go ratować, o ile on już na moich rękach nie był, bo zdarzały się dni, kiedy od rana do nocy na rękach go nosiłam i marzyłam wtedy o chuście. Leszek mówił, że robię źle, że się wykończę i dziecko zepsuję - a ja patrzałam na niego jak na jakiegoś zbója... Kazał mi go odkładać i po prostu iść robić co tam chcę , nawet jak mocno ryczy. Było o to sporo kłótni... hmmm... Nasze kłótnie fajnie wyglądają - ja wyrzucam z siebie żale z prędkością karabinu, trzaskam drzwiami, klnę go do 5 pokolenia wstecz. A on nic. Na koniec powie spokojnie, że zrozumiał. No a mnie jeszcze większa furia trafia.... Po takiej akcji mamy cichy wieczór, rano dostaję regulaminowe buzi na do widzenia i cisza. Wraca z pracy i albo już jest ok, albo jeszcze jeden wieczór wersalskich uprzejmości - wszystko wygląda jak najlepiej, tyle tylko, że nie ma naszych zwykłych śmiechów i fajnej atmosfery.
Po trzech czy czterech takich akcjach (przed urodzeniem się Huberta zdarzyło nam się to raz - tylko jeden raz się pokłóciliśmy i dotyczyło to też dziecka - jego córki), nastąpił przełom. Nie pamiętam jakich słów on użył czy argumentów, czy po prostu byłam już zmęczona - zrozumiałam, że to ja wariuję, że dziecko nie musi być cały czas noszone na rękach, tulone, ze nawet na reklamach dzieci płaczą, że to jest normalne i że nie będzie z tego choroby - ja mam dodatkową schizę, bo mam chorobę sierocą - a wychowałam się w normalnej rodzinie - po prostu potrzebowałam widać więcej czułości niż mi dawano - dwaj bracia tego nie mają.
Teraz jest już ok, mam duży dystans do małego. Jak płacze to po sprawdzeniu czynników głodny/brzuszek/gorączka i po bezowocnej próbie utulenia, po prostu pozwalam mu płakać. Wypłacze się i jest ok. A co śmieszne - jak przestałam wariować i się tym denerwować on prawie przestał płakać bez powodu. No i ten błogosławiony smoczek...
A co do narzekania na tatusiów... Leszek jest moim nauczycielem, jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem, bo ma doświadczenie a ja nie. To on najpierw przewijał, przebierał, kąpał - ja kąpałam dwa razy do tej pory, pielęgnował pępek, wyciąga gile itp. itd. Poza tym jak tylko wraca z pracy to bierze małego i się z nim bawi a ja mam czas na to co potrzeba - obiad zrobię czy coś. Nigdy nie odmówił opieki nam małym jak mówiłam, najwyżej ją nieco modyfikował - ja chciałam by go uspakajał z płaczu a on go po prostu bierze na ręce i pozwala płakać - długo tego nie rozumiałam, długo. No i w końcu to Leszek a nie ja usypia małego. Ja nie mam cierpliwości. Oczywiście czasem mi się uda go położyć, ale jak widzę, że sa problemy to nie męczę go i siebie - wkracza Leszek i zaraz jest ok, on ma dużo więcej cierpliwości, a ja bym chciała już teraz natentychmiast.
Za to nigdy nie miałam pretensji o branie małego przez babcie czy kogoś kto się na to odważył. Jakoś tak widzę, że on kruchutki nie jest i to mnie nie martwi. Jak włączał syrenę to i tak szybko mi go oddawano
Dojdziemy do łądu - nie ma się co oszukiwać, że dziecko nie namiesza w naszym super do tej pory związku - namiesza i to nieźle - ale o to przecież nam chodziło, by się coś działo i by był postęp w tym naszym życiu
Powodzenia i wytrwałaości - Wam i sobie życzę
Dobrze, że mamy to forum, bo dzięki niemu mozna się przekonać, że te wichury, które targają teraz naszym życiem to nie tylko nam się dzieją. Pamiętam jak pisałam posta o tym, ze nasz mały ryczy całe wieczory - po waszych opisach słodkich bobasków usypiających zaraz po kąpaniu i mleczku trafiało mnie coś brzydkiego, że co ja kuźwa robię nie tak... A tu się okazuje, ze jest więcej mam, które posiadają takie słodkie pociechy jak moja
Ja już wróciłam z tej wspaniałej podróży, jaką jest niańczenie dziecięcia 24/7, czy to potrzebne czy nie. A zaczęłam już w szpitalu, kiedy to patrzyłam się jak on śpi, zamiast samej zasnąć. Potem na każdy dźwięk jakie dziecko wydało zrywałam się na równe nogi i leciałam go ratować, o ile on już na moich rękach nie był, bo zdarzały się dni, kiedy od rana do nocy na rękach go nosiłam i marzyłam wtedy o chuście. Leszek mówił, że robię źle, że się wykończę i dziecko zepsuję - a ja patrzałam na niego jak na jakiegoś zbója... Kazał mi go odkładać i po prostu iść robić co tam chcę , nawet jak mocno ryczy. Było o to sporo kłótni... hmmm... Nasze kłótnie fajnie wyglądają - ja wyrzucam z siebie żale z prędkością karabinu, trzaskam drzwiami, klnę go do 5 pokolenia wstecz. A on nic. Na koniec powie spokojnie, że zrozumiał. No a mnie jeszcze większa furia trafia.... Po takiej akcji mamy cichy wieczór, rano dostaję regulaminowe buzi na do widzenia i cisza. Wraca z pracy i albo już jest ok, albo jeszcze jeden wieczór wersalskich uprzejmości - wszystko wygląda jak najlepiej, tyle tylko, że nie ma naszych zwykłych śmiechów i fajnej atmosfery.
Po trzech czy czterech takich akcjach (przed urodzeniem się Huberta zdarzyło nam się to raz - tylko jeden raz się pokłóciliśmy i dotyczyło to też dziecka - jego córki), nastąpił przełom. Nie pamiętam jakich słów on użył czy argumentów, czy po prostu byłam już zmęczona - zrozumiałam, że to ja wariuję, że dziecko nie musi być cały czas noszone na rękach, tulone, ze nawet na reklamach dzieci płaczą, że to jest normalne i że nie będzie z tego choroby - ja mam dodatkową schizę, bo mam chorobę sierocą - a wychowałam się w normalnej rodzinie - po prostu potrzebowałam widać więcej czułości niż mi dawano - dwaj bracia tego nie mają.
Teraz jest już ok, mam duży dystans do małego. Jak płacze to po sprawdzeniu czynników głodny/brzuszek/gorączka i po bezowocnej próbie utulenia, po prostu pozwalam mu płakać. Wypłacze się i jest ok. A co śmieszne - jak przestałam wariować i się tym denerwować on prawie przestał płakać bez powodu. No i ten błogosławiony smoczek...
A co do narzekania na tatusiów... Leszek jest moim nauczycielem, jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem, bo ma doświadczenie a ja nie. To on najpierw przewijał, przebierał, kąpał - ja kąpałam dwa razy do tej pory, pielęgnował pępek, wyciąga gile itp. itd. Poza tym jak tylko wraca z pracy to bierze małego i się z nim bawi a ja mam czas na to co potrzeba - obiad zrobię czy coś. Nigdy nie odmówił opieki nam małym jak mówiłam, najwyżej ją nieco modyfikował - ja chciałam by go uspakajał z płaczu a on go po prostu bierze na ręce i pozwala płakać - długo tego nie rozumiałam, długo. No i w końcu to Leszek a nie ja usypia małego. Ja nie mam cierpliwości. Oczywiście czasem mi się uda go położyć, ale jak widzę, że sa problemy to nie męczę go i siebie - wkracza Leszek i zaraz jest ok, on ma dużo więcej cierpliwości, a ja bym chciała już teraz natentychmiast.
Za to nigdy nie miałam pretensji o branie małego przez babcie czy kogoś kto się na to odważył. Jakoś tak widzę, że on kruchutki nie jest i to mnie nie martwi. Jak włączał syrenę to i tak szybko mi go oddawano
Dojdziemy do łądu - nie ma się co oszukiwać, że dziecko nie namiesza w naszym super do tej pory związku - namiesza i to nieźle - ale o to przecież nam chodziło, by się coś działo i by był postęp w tym naszym życiu
) i po wejściu na wagę złapałam takiego doła, że wyleczę się z niego chyba u psychiatry
która styka na ok. tydzień 

tez nie wiem jak...