Oj to chyba najdłużej z Was się pomęczę, bo termin mam na 26 maja, a na razie żadnych dolegliwości zbliżających do rozwiązania. Choć chciałabym szybciej, mieć to z głowy, przestać latać co chwila na badania i do lekarza (choć pewnie zacznę latać z dzieckiem, więc nie ma się co cieszyć), przestać się martwić się co jeść bo tarczyca, bo cukier, ciągle się martwić, a to burzach twardy, a to coś pobolewa itd.
Już nie wspomnę o tym, że nie mam praktycznie widocznych żył, więc każde pobranie to horror, najpierw szukanie żyły, potem krew nie leci, więc pięlegniarka dłubie w żyle, a na koniec i tak pobiera strzykawką z dłoni. Jak wychodzę z laboratorium (czyli dziś) wyglądam jak narkoman, obie ręce pokłute, siniaki i zrosty na żyłach
Przepraszam, wyżaliłam się...