Witajcie dziewczęta,
pierwszy dzień kursu za mną, przede mną jeszcze 26... o ile go dokończę. Jednak nie trzeba było płacić dziś, mam na to 2 tyg., a po drodze mam wizytę u gina, więc uzależnię dalsze chodzenie od tego, co mi powie. Póki co już ubolewam nad jutrzejszym dniem

kurs na 9ą, prosto stamtąd do pracy do 23ej

chyba tylko zostaje mi stwierdzić że moje dziecko ma głupią matkę
Poza tym humoru dziś nie mam w ogóle. Trochę się wczoraj pocięlismy z moim i tak jakoś się to szwenda za nami. Ale przynajmniej w końcu pomył okna jak mnie nie było.
Widzę że pod moją nieobecność wypłynął temat nacinania. Położna u nas mówiła, że nie tną za koleją każdej jednej, tylko w momencie kiedy jest to niezbędne. Lepiej zostać naciętą niż pęknąć, pęknięcie może nieść za sobą skutki nawet katastrofalne... No i podobno pytają o zgodę na nacięcie jeszcze na izbie przyjęć.
Samo nacięcie podobno nie boli, większość z kobiet nawet nie jest świadoma kiedy nastąpiło. Podejrzewam że więcej jest tych kobiet które są lub zostaną nacięte, ale krocze można też wzmacniać jeszcze w ciąży i starać się je uelastyczniać, jeśli jednak i to nic nie da, wykonuje się cięcie (w kierunku "tylno-bocznym", ważna jest ochrona mięśni odbytu).
Trzeba pamiętać, że nie zgadzając się na nacięcie możemy też zaszkodzić dzidzi.
Nie wiem, nie rodziłam i przeraża mnie wizja cięć i pęknięć, ale już się oswoiłam z tą myślą i jestem zdecydowana zgodzić się na cięcie.