kamkaz
Fanka BB :)
Za moim szczęściem czekaliśmy prawie 4 lata. Te kilkanaście miesięcy leczenia, tabletek, usg i ciągłych wizyt u lekarza. Az do pewnego razu... do pewnej niedzieli w czerwcu tego roku, gdzie na teście ciążowym zobaczyłam dwie piękne, wyraźne kreseczki. Rany... jeszcze nigdy nie byliśmy tacy szczęśliwi. Od razu w poniedziałek zrobiłam test z krwi (beta hcg), we wtorek rano odebrałam wynik 1410 i od razu poszłam do lekarza. Moja pani doktor przyjęła mnie bez zapisu, zrobiła usg ale jeszcze nic nie było widać. To był dopiero 4 tydzień, Poszłam na kolejną wizytę za 2 tygodnie i zobaczyłam malutki tykający punkcik na usg.... serduszko mojego szczęścia. Byłam taka szczęśliwa... uważałam na siebie, nie dźwigałam, od pracy miałam akurat wolne, więc praktycznie cały czas odpoczywałam.
Mój pierwszy koszmar zaczął się na koniec 8 tygodnia, gdzie podczas kąpieli zauważyłam delikatnie plamienie. Była to sobota popołudniu, natychmiast pojechałam z mężem szpitala. Zrobiono mi usg i okazało się, że z dzieckiem wszystko w porządku. Rany jak mi wtedy ulżyło.... Zrobiono mi wtedy badania, od razu powiedziałam, że mam grupę krwi RH-. Podano mi immunoglobulinę anty tak na wszelki wypadek. Poleżałam przez weekend w szpitalu, po czym w poniedziałek wypisali mnie do domu, bo plamień więcej nie było. Oczywiście leki brałam od początku ciąży. Nie wiem czy można prowadzić bardziej oszczędny tryb życia niż ja.
Niestety mimo moich starań i moich bliskich w 12 tygodniu znowu trafiłam na oddział. Przebudziłam się w nocy i bez żadnego ostrzeżenia zaczęłam krwawić. Było to krwawienie dość obfite. Niestety znowu wielka panika i lęk o swoje dziecko. Podczas usg nic nie wskazywało na to, że z dzieckiem dzieje się coś nie tak. Wręcz przeciwnie ... piękne tętno i te fikołki w moim brzusio . Poleżałam aż sytuacja się uspokoiła i po kilku dniach wypisano do domu.
Sytuacja się na troszkę uspokoiła, Progesteron pięknie wzrastał, wyniki wszystkie były bardzo dobre. Wierzyłam, ze musi się w końcu udać... Na początku 18 tygodnia ciąży (tj wtorek) byliśmy z mężem na wizycie. Mąż koniecznie chciał zobaczyć naszego szkraba, bo nie na każde usg mógł ze mną pójść ze względu na swoją pracę. Niestety nie udało się zobaczyć płci dziecka, ale stwierdziliśmy, ze jeszcze poczekamy. Byliśmy tacy szczęśliwi ... aż do końca tego tygodnia tj 18 października. Późnym popołudniem zaczęłam odczuwać delikatnie pobolewanie podbrzusza i upławy. Przeleżałam całe popołudnie i wieczór i wszystko wróciło do normy ... ale tylko do nocy, gdzie przebudziły mnie nie mocne, ale jednak skurcze i znów upławy, z tą różnicą, że były one zabarwione na różowo. Od razu pojechaliśmy z mężem na pogotowie. Okazało się, że mam małowodzie, szyjka skrócona z 38 na 21,5 mm i rozwarcie na 1,5 cm. Oczywiście od razu na oddział, zakaz wstawania tylko do toalety i na szybki prysznic. W niedzielę tak bardzo się ucieszyłam, gdzie już nie miałam ani skurczy, ani żadnego upławu. Przez cały dzień był ze mną mąż, gdy on wrócił do domu stwierdziłam, ze pójdę na szybki prysznic... tego momentu nigdy nie zapomnę. Podczas prysznica zauważyłam, ze coś ze mnie wystaje.... rany jaka to była panika. Od razu wezwałam pielęgniarkę i lekarza. Usłyszałam wyrok... wyszła mi pępowina na zewnątrz. Nie było wogóle wód płodowych, a szanse na przeżycie dziecka graniczyły z cudem. Z tego wieczora nie pamiętam nic, prócz bólu, który rozrywał mi serce na milion kawałków. Mąż wrócił do nas do szpitala, gdyż lekarz chciał od razu dać mi leki na wywołanie porodu. Nie zgodziłam się... szukaliśmy ratunku po chyba wszystkich możliwych lekarzach, moja pani ginekolog również poruszała niebo i ziemię, by znaleźć profesora, który zajmuje się takimi ciężkimi przypadkami. Ona wiedziała już, ze nie ma szans, ale mimo wszystko ... próbowała. Niestety..... W poniedziałek rano zrobiono mi usg, tętno dziecka pięknie biło, ale mnie groziło zakażenie, a dokładnie sepsa. Wynik CRP już był za wysoki - 17,5, więc wdała się infekcja. Dostałam antybiotyk, który pomógł mi walczyć z infekcją.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że mam poświęcić życie swojego dziecka, żeby ratować swoje. Cały czas modliłam się i wierzyłam, że stanie się cud. We wtorek sytuacja bez zmian. Rano pobrano mi krew na CRP i wynik się poprawił - 7,6, więc zobaczyłam światełko w tunelu. Natychmiast zrobiono mi usg i badanie ginekologiczne przez 3 lekarzy i ordynatora szpitala. Niestety nie usłyszałam nic nowego... a nawet więcej. Kazali podpisać mi oświadczenie, że mimo zagrożenia sepsą nie zgadzam się na wywołanie porodu. Oczywiście podpisałam, byle nie zabijać mojego dziecka. Nie wiem, czy ten wybór był słuszny... pewnie dla niektórych nie, ale wiem, ze są osoby, które postąpiłyby tak samo na moim miejscu. Leżałam od niedzieli praktycznie bez ruchu, bałam się przekręcić na bok, aby tylko nie zaszkodzić dziecku. Ordynator podczas usg powiedział, że dziecko długo i tak nie przeżyje. Zaczęły nachodzić wody więc a nóż może...
Nie potrafiłam podjąć tak trudnej dla mnie decyzji. Niestety Bóg podjął ją za mnie. Zabrał mi mój największy skarb wśród Aniołków.
Niestety do środy rana żyłam nadzieją, jednak nie długo, gdzie podczas usg pani doktor która robiła mi badanie nie powiedziała mi nic dobrego... wręcz przeciwnie.
Moje kochane, jedyne i tak długo wyczekiwane dziecko nie przeżyło. Gdy tylko zobaczyłam, coś wydawało mi się nie tak... nie ruszało się, a zawsze było takie ruchliwe. Szukała tętna... niestety, żadnych oznak życia. Moje dziecko zmarło 22 października. Wtedy zgodziłam się na poród, gdyż nie było już żadnych szans.
O godz. 11 w południe dostałam tabletkę na wywołanie skurczy. I to czekanie ... myślałam, że oszaleje. Po 16 zaczęły się skurcze, cieszyłam się, że mój mąż zdążył do mnie dojechać. Zaczełam mocno krwawić, prosiłam położną o przewiezienie mnie na porodówkę. Niestety usłyszałam tylko, ze jeszcze za wcześnie. Skurcze były częściej niż co minutę, a ja rodziłam na pokoju z innymi pacjentkami. Błagaliśmy, prosiliśmy o inną salę. Mąż usłyszał od pielęgniarki, że zaraz wszystko będzie po wszystkim. Gdy podczas skurczu poczułam, że dziecko mi zaczęło wychodzić wezwałam położną, a ona odpowiedziała, że to dobrze. Tak ma być. Kobiety z mojego pokoju powychodziły, nie chciały na to patrzeć, na naszą tragedię. Nasze dziecko urodziło się o 17,45. Zaraz po urodzeniu zabrali mnie na zabieg.
Przez całą ciążę wszyscy mówili mi, ze będę miała chłopca, ja też tak czułam, ale mój mąż od pierwszych tygodni stawiał na dziewczynkę. Po zabiegu dowiedziałam się, że urodziłam córeczkę. Daliśmy jej na imię Maja. Ważyła zaledwie 224 gramy i 23 cm. Od razu jeszcze przed porodem powiedziałam, że chcemy zabrać dziecko. Dzięki Bogu nikt nie robił żadnych problemów.
Żałuję tylko jednego, że nie walczyłam o to, aby przytulić swoją córeczkę. Dopiero podczas pogrzebu tuliłam do siebie jej malutką trumienkę i ucałowałam ją... teraz pozostała nam wielka pustka w sercu, ból i żal, dlaczego to właśnie nas musiało to spotkać.
Majeczko bardzo mocno Cię kochamy i zawsze będziesz naszym szczęściem
[*]
Mój pierwszy koszmar zaczął się na koniec 8 tygodnia, gdzie podczas kąpieli zauważyłam delikatnie plamienie. Była to sobota popołudniu, natychmiast pojechałam z mężem szpitala. Zrobiono mi usg i okazało się, że z dzieckiem wszystko w porządku. Rany jak mi wtedy ulżyło.... Zrobiono mi wtedy badania, od razu powiedziałam, że mam grupę krwi RH-. Podano mi immunoglobulinę anty tak na wszelki wypadek. Poleżałam przez weekend w szpitalu, po czym w poniedziałek wypisali mnie do domu, bo plamień więcej nie było. Oczywiście leki brałam od początku ciąży. Nie wiem czy można prowadzić bardziej oszczędny tryb życia niż ja.
Niestety mimo moich starań i moich bliskich w 12 tygodniu znowu trafiłam na oddział. Przebudziłam się w nocy i bez żadnego ostrzeżenia zaczęłam krwawić. Było to krwawienie dość obfite. Niestety znowu wielka panika i lęk o swoje dziecko. Podczas usg nic nie wskazywało na to, że z dzieckiem dzieje się coś nie tak. Wręcz przeciwnie ... piękne tętno i te fikołki w moim brzusio . Poleżałam aż sytuacja się uspokoiła i po kilku dniach wypisano do domu.
Sytuacja się na troszkę uspokoiła, Progesteron pięknie wzrastał, wyniki wszystkie były bardzo dobre. Wierzyłam, ze musi się w końcu udać... Na początku 18 tygodnia ciąży (tj wtorek) byliśmy z mężem na wizycie. Mąż koniecznie chciał zobaczyć naszego szkraba, bo nie na każde usg mógł ze mną pójść ze względu na swoją pracę. Niestety nie udało się zobaczyć płci dziecka, ale stwierdziliśmy, ze jeszcze poczekamy. Byliśmy tacy szczęśliwi ... aż do końca tego tygodnia tj 18 października. Późnym popołudniem zaczęłam odczuwać delikatnie pobolewanie podbrzusza i upławy. Przeleżałam całe popołudnie i wieczór i wszystko wróciło do normy ... ale tylko do nocy, gdzie przebudziły mnie nie mocne, ale jednak skurcze i znów upławy, z tą różnicą, że były one zabarwione na różowo. Od razu pojechaliśmy z mężem na pogotowie. Okazało się, że mam małowodzie, szyjka skrócona z 38 na 21,5 mm i rozwarcie na 1,5 cm. Oczywiście od razu na oddział, zakaz wstawania tylko do toalety i na szybki prysznic. W niedzielę tak bardzo się ucieszyłam, gdzie już nie miałam ani skurczy, ani żadnego upławu. Przez cały dzień był ze mną mąż, gdy on wrócił do domu stwierdziłam, ze pójdę na szybki prysznic... tego momentu nigdy nie zapomnę. Podczas prysznica zauważyłam, ze coś ze mnie wystaje.... rany jaka to była panika. Od razu wezwałam pielęgniarkę i lekarza. Usłyszałam wyrok... wyszła mi pępowina na zewnątrz. Nie było wogóle wód płodowych, a szanse na przeżycie dziecka graniczyły z cudem. Z tego wieczora nie pamiętam nic, prócz bólu, który rozrywał mi serce na milion kawałków. Mąż wrócił do nas do szpitala, gdyż lekarz chciał od razu dać mi leki na wywołanie porodu. Nie zgodziłam się... szukaliśmy ratunku po chyba wszystkich możliwych lekarzach, moja pani ginekolog również poruszała niebo i ziemię, by znaleźć profesora, który zajmuje się takimi ciężkimi przypadkami. Ona wiedziała już, ze nie ma szans, ale mimo wszystko ... próbowała. Niestety..... W poniedziałek rano zrobiono mi usg, tętno dziecka pięknie biło, ale mnie groziło zakażenie, a dokładnie sepsa. Wynik CRP już był za wysoki - 17,5, więc wdała się infekcja. Dostałam antybiotyk, który pomógł mi walczyć z infekcją.
Nie mogłam pogodzić się z tym, że mam poświęcić życie swojego dziecka, żeby ratować swoje. Cały czas modliłam się i wierzyłam, że stanie się cud. We wtorek sytuacja bez zmian. Rano pobrano mi krew na CRP i wynik się poprawił - 7,6, więc zobaczyłam światełko w tunelu. Natychmiast zrobiono mi usg i badanie ginekologiczne przez 3 lekarzy i ordynatora szpitala. Niestety nie usłyszałam nic nowego... a nawet więcej. Kazali podpisać mi oświadczenie, że mimo zagrożenia sepsą nie zgadzam się na wywołanie porodu. Oczywiście podpisałam, byle nie zabijać mojego dziecka. Nie wiem, czy ten wybór był słuszny... pewnie dla niektórych nie, ale wiem, ze są osoby, które postąpiłyby tak samo na moim miejscu. Leżałam od niedzieli praktycznie bez ruchu, bałam się przekręcić na bok, aby tylko nie zaszkodzić dziecku. Ordynator podczas usg powiedział, że dziecko długo i tak nie przeżyje. Zaczęły nachodzić wody więc a nóż może...
Nie potrafiłam podjąć tak trudnej dla mnie decyzji. Niestety Bóg podjął ją za mnie. Zabrał mi mój największy skarb wśród Aniołków.
Niestety do środy rana żyłam nadzieją, jednak nie długo, gdzie podczas usg pani doktor która robiła mi badanie nie powiedziała mi nic dobrego... wręcz przeciwnie.
Moje kochane, jedyne i tak długo wyczekiwane dziecko nie przeżyło. Gdy tylko zobaczyłam, coś wydawało mi się nie tak... nie ruszało się, a zawsze było takie ruchliwe. Szukała tętna... niestety, żadnych oznak życia. Moje dziecko zmarło 22 października. Wtedy zgodziłam się na poród, gdyż nie było już żadnych szans.
O godz. 11 w południe dostałam tabletkę na wywołanie skurczy. I to czekanie ... myślałam, że oszaleje. Po 16 zaczęły się skurcze, cieszyłam się, że mój mąż zdążył do mnie dojechać. Zaczełam mocno krwawić, prosiłam położną o przewiezienie mnie na porodówkę. Niestety usłyszałam tylko, ze jeszcze za wcześnie. Skurcze były częściej niż co minutę, a ja rodziłam na pokoju z innymi pacjentkami. Błagaliśmy, prosiliśmy o inną salę. Mąż usłyszał od pielęgniarki, że zaraz wszystko będzie po wszystkim. Gdy podczas skurczu poczułam, że dziecko mi zaczęło wychodzić wezwałam położną, a ona odpowiedziała, że to dobrze. Tak ma być. Kobiety z mojego pokoju powychodziły, nie chciały na to patrzeć, na naszą tragedię. Nasze dziecko urodziło się o 17,45. Zaraz po urodzeniu zabrali mnie na zabieg.
Przez całą ciążę wszyscy mówili mi, ze będę miała chłopca, ja też tak czułam, ale mój mąż od pierwszych tygodni stawiał na dziewczynkę. Po zabiegu dowiedziałam się, że urodziłam córeczkę. Daliśmy jej na imię Maja. Ważyła zaledwie 224 gramy i 23 cm. Od razu jeszcze przed porodem powiedziałam, że chcemy zabrać dziecko. Dzięki Bogu nikt nie robił żadnych problemów.
Żałuję tylko jednego, że nie walczyłam o to, aby przytulić swoją córeczkę. Dopiero podczas pogrzebu tuliłam do siebie jej malutką trumienkę i ucałowałam ją... teraz pozostała nam wielka pustka w sercu, ból i żal, dlaczego to właśnie nas musiało to spotkać.
Majeczko bardzo mocno Cię kochamy i zawsze będziesz naszym szczęściem
[*]