dobra, to ja mam chwile wiec opisze jak bylo u mnie.
Przepraszam od razu, bo pewnie wyjdzie bez ladu i skladu
No wiec ja mialam termin na 7 lipca 2008, wczesniej mialam troche problemow ze skracajaca sie,miekka i lekko rozwarta szyjka, 8-my miesiac przelezalam a potem zastanawialam sie kiedy wreszcie urodze ;-);-)
dzien wczesniej mialam 3-4 skurcze (tak mnie tylko postraszylo ;-) ) i cisza. Dzien przed terminem ok. godz 20 (moze troche przed, juz nawet dokladnej godziny nie pamietam) zaczely sie skurcze, tzn. u mnie wygladalo to tak,ze bolal mnie caly brzuch non stop a co 3 lub 4 minuty bolal duuuzo bardziej (skurcz ;-) ) nie bylam pewna czy skurcze co 3 lub co 4 min (raz tak raz tak) to skurcze regularne ,ale zaczynalo bolec coraz bardziej wiec zaczelismy zbierac sie do szpitala. Dopakowalam torbe do konca i znajomy zawiozl mnie i mojego m. do szpitala (oj ciezko bylo w aucie wysiedziec). W szpitalu bylam cos kolo 22giej, weszlam do ER ,sprawdzili rozwarcie (chyba bylo juz kolo 4-5 cm) no i na gore na porodowke, do sali weszlismy o 23. Tam juz od razu pytalam o znieczulenie

polozna powiedziala,ze jesli juz nie bede dawala rady to da mi na poczatek gaz. No i dala ;-) po gazie bylo smiesznie (serio

) ,zrobilam sie chwilowo senna i nawet pytalam mojego m. czy chce troche bo fajne hehe.No i z ta rurka od gazu spedzilam cala reszte porodu - gaz polecial raz,a potem lecialo samo powietrze, co sobie uswiadomilam dopiero po porodzie,ale wazne ,ze pomagalo przy skurczach ( tu juz chyba psychika zadzialala, wmowilam sobie,ze pomaga i pomagalo ;-) no a druga sprawa to to,ze latwiej sie oddychalo takim czystym powietrzem no i przy skurczach trzymalam rurke w buzi wiec nie dalo sie krzyczec ;-) ) Cos kolo 24 prosilam juz o zoo (znieczulenie zewnatrzoponowe) ale anestezjolog mial jeszcze kilka osob przede mna a mi w tym momencie odeszly wody (wiec jak widac wody nie musza odejsc na poczatku,wiec nie czekajcie do ich odejscia...) i polozna stwierdzila,ze na znieczulenie juz za pozno bo zaraz urodze.
chwile pozniej zaczely sie skurcze parte, bylo troche problemow, bo okazalo sie ze malemu spada tetno (choc polozna nic nie mowila ale sprawdzala tetno co rusz) ,maluch okrecony byl pepowina 2 razy wokol szyi,na szczescie polozna swietnie sobie poradzila (w momencie wychodzenia dziecka podlozyla palce miedzy szyje a pepowine) i tak o 00:48 7 lipca Bartus byl na swiecie. Na poczatku dostal 9ptk (ze wzgledu na to,ze byl siny od tej pepowiny) ale zaraz potem dostal 10.
Potem zszywanie- nie rozcinali mnie ale i tak musieli zalozyc 3 szwy. Dla mnie (panicznie bojacej sie igiel) to bylo okropne.
Potem dostalam tosta i herbate, moj m. kawe. Nastepnie mi kazali sie isc wykapac ,a mojemu m. ubrac synka (rozmowa z polozna : p: czy tatus ubieral kiedys dziecko? ja: nie ; p: no to bedzie ;-) )
W tym samym dniu o 18 wieczorem wyszlismy do domu.
Nie bede czarowac- cholernie bolalo,ale naprawde zapomina sie potem jak bardzo.
Mam nadzieje,ze opis w miare mozliwy, staralam sie nie straszyc :-)
Kazda z nas da rade choc napewno kazda sie tego boi... ja tez

choc czytajac moj opis od poczatku chyba udalo mi sie w miare pozytywnie to wszystko przedstawic ;-)

