26 maja 2011 – Dzień Mamy
Od tygodnia męczyły mnie skurcze przepowiadające tak od 21:30 do około 3 w nocy. Więc i tego dnia jak zaczęły się o 13 skurcze nie przejmowałam się nimi zbytnio. Czop śluzowy odszedł półtora tygodnia wcześniej, a jedyna zmiana jaka zaszła to lekko brunatny śluz dzień wcześniej. Skurcze były nieregularne tak w granicach 10-20 minut ale jakoś dziwnie bolały. Wcale nie jak wcześniej tak na okres i plecy z tyłu, tylko tak jakby w środku w miednicy.
Popołudniu M przyjechał z pracy i pytał jak się czuję. Stwierdził, że to pewnie nie to bo jeszcze długie odstępy czasowe (już bardziej co 10 minut). Około 18 pojechaliśmy do mamy z życzeniami, a że jeszcze jej nie było zrobiliśmy spacerkiem rundkę po osiedlu – zaczęło mnie po tym mocniej i częściej ściskać, więć wpadliśmy w mały popłoch. Zaliczyliśmy maminą wizytę, zjedliśmy lody i podreptaliśmy do domku, żeby podczas spacerku rozchodzić przepowiadające. Jak się okazało to już porodowe skurcze były – podczas marszu stawały się silniejsze i częstsze. Do domku dotarliśmy o 21, a o 22:30 M dzwonił na porodówkę bo skurcze były już co 5 minut. Zrobiliśmy po tym jeszcze test w wannie i nie przeszło, więc dopakowaliśmy torbę, zjedliśmy kolację już między moim stękaniem tragicznym i ogoliliśmy się. Zajechaliśmy na izbę przyjęć około godziny 1 w nocy i już miałam problemy z chodzeniem bo skurcze ładne, częste i coraz silniejsze. W samochodzie M szalał między skurczami, które były co 4 minuty – jechał jak nie było, a ciągnął się delikatnie podczas skurczu, a ja się wiłam bo na siedząco nie szło wytrzymać. Pani nas przyjęła i nakrzyczała, że powinniśmy wcześniej zajechać tak jak dzwoniliśmy, ale co tam. Szybka akcja i trafiłam na porodówkę. Lewatywki nie było na szczęście. Pani dr zbadała i powiedziała, że to połowa porodu praktycznie bo już 4 cm rozwarcia. Poleżałam pod ktg, potem poskakałam na piłce. Jak już skurcze zrobiły się nieznośne i częste, że zaczęłam tam stękać niemiłosiernie znów trafiłam na ktg. Pani położna bardzo fajna, miła i profesjonalna. Latała między 3 salami, ale czułam się przy niej pewnie i bezpiecznie. Jak już wiłam się na łóżku pod tym ktg i odpływała mi świadomość z bólu poszłam skakać na piłeczce pod prysznicem. Dobrze że M był cały czas ze mną bo nie dałabym rady. Podczas skurczy wieszałam się na nim, polewał mnie wodą pod prysznicem tam gdzie najbardziej bolało, a ja mogłam wbijać pazury w ścianę i szyby, podawłą skarpetki, piciu i zwilżał czułko. Po prostu bomba, że ktoś mógł mi towarzyszyć. Po prysznicu badanko – rozwarcie 8 cm ale główka wysoko. Nie chciały mi przebijać pęcherza – a szkoda byłoby pewnie szybciej i łatwiej. Znów piłeczka przy drabince i skakanko, parte miałam więc kazali przeć na piłce żeby pęcherz pękł. Potem chwila parcia na krzesełku porodowym – niewygodne to ustrojstwo i uciekłam z niego na piłkę. Już miałam takie skurcze, że się darłam, a co tam niech słyszą, że rodzę. W pewnym momencie trzask, a ja zamarłam i chwyciłam się kurczowo drabinki bo myślałam, że mi pod tyłkiem ta piłka pękła. A tu proszę wody odeszły, jak chlusnęło po ścianie i podłodze, położna z drugiego końca korytarza przyleciała bo tak było słychać to pęknięcie pęcherza. Później rano sobie to personel opowiadał i babeczki chodziły pytać czy to mi tak strzeliło. Poskakałam jeszcze na piłce chwileczkę, ale już nie miałam siły to mnie położyli, przygotowali łóżko i kazali przeć już główkę. Strasznie się umęczyłam, po nacięciu nie miałam już sił na parcie i skurcze zaczynały słabnąć to dostałam kroplówkę i poszło raz dwa. Dostałam maluszka na brzuszek takiego pięknie umazanego o godzinie 5:50. Łożysko prawie samo wypadło i babka je tam szybko łapała. Mówiła, że ładne i bardzo ciężkie. M stwierdził, że przez to łożysko poczuł się jak w mięsnym, odciął dzielnie pępowinę i pani pielęgniarka porobiła zdjęcia. Ja się czułam jak nie ja, ale cieszyła się że bobas już na zewnątrz. Powycierali go, poważyli i ubrali – zdążył im zasikać pościel międzyczasie. Najgorsze było zszywanie – lekarka do mnie że pewnie znieczulenie jeszcze działa i dziab, a ja w krzyk. No to dostałam jeszcze jeden zastrzyk i już wtedy to zadziałało, jak mówiłam że czuję jak dotyka to mi nie wierzyła. Najgorsze było to przeciąganie nitki, musiałam sobie pokwiczeć. Dostałam opiernicz, że się tak darłam bo z sił przez to opadłam, ale nie wyobrażam sobie żebym miała mieć paszczę zamkniętą, no cóż potrzebowałam tego. Jedyny mankament, że mnie później gardło bolało. Dobrze, że zdążyliśmy urodzić na jednej zmianie bo kolejna położna przyszła tak wyperfumowana, że jak ona byłaby na nocce to kazałabym się chyba jej iść umyć. Młody spędził na cycu całe 2 godziny na porodówce. Po tym czasie zawieźli nas na salę 3 osobową, ale, że laseczki się rozmyśliły i nie urodziły (pewnie wystraszyły je moje krzyki) to od piątku do niedzieli leżałam tam sobie sama – full wypas, cisza spokój.
Także to nasza historia, nie było tak źle. Będzie co wspominać. Jestem dumna z moich chłopaków, że dali rade i pomogli mi przez to przejść.