W sumie tuż po porodzie miałam tak, że każdemu kto się nawinął to opowiadałam o tym ze szczegółami... po prostu nie mogłam przestać o tym myśleć i mówić. Teraz czym dni mijają mi coraz szybciej, uspokajam się.
W przestrodze dla pierworódek, że taka możliwość istnieje opisze po raz ostatni swój poród.
Na początek parę informacji...
Termin z OM miałam na 29maja, na ok. 2tyg wcześniej trafiłam do szpitala z brakiem ruchów Malutkiej na KTG. W szpitalu spędziłam 3dni, okazało się że wszystko jest w porządku, a Emilka po prostu spała, wypisano mnie do domu z powodu „nie urodzenia”.
Termin z USG (zrobiono mi je w szpitalu) 03czerwca, a 01czerwca miałam wizytę u lekarza.
Na wizycie na KTG niby wyszły jakieś skurcze, których ja nie czułam. Również po badaniu lekarz stwierdził, że szyjka się skraca i wypisuję skierowanie do szpitala na drugi dzień z zaznaczeniem, że jakby coś w nocy się działo to od razu na oddział mam się kierować.
W związku z tym, że ja tam żadnych skurczy nie czułam, rano 02czerwca koło 8 tato zawiózł mnie do szpitala. Dokładniej porzucił mnie przed IP z walizką, no to ze spokojem podreptałam założyć historię choroby. Po formalnościach i o zgrozo życzeniach od pielęgniarki szybkiego i lekkiego porodu, przeszłam na oddział położniczy tj. pierwsze piętro J z tą walizą oczywiście. Jak już się tam wdrapałam położne kazały mi się przebrać i czekać na wolne łóżko... no to rozsiadłam się na korytarzu. W między czasie był obchód, z czego dowiedziałam się tylko, że przed badaniem mam mieć KTG.
Dostałam w końcu łóżko i podłączyli mnie pod to KTG, na którym zdaniem położnej nic takiego na poród jeszcze nie ma. No to powlekłam się na badanie do zabiegówki. Tam pan doktor (nie mój) po badaniu stwierdził, że mam rozwarcie na 3-4cm i że na KTG były skurcze!? mnie tam nic nie bolało, po USG powiedział też że łożysko jest dojrzałe i że idę na porodówkę i za 3-4h będzie po wszystkim bo dziś muszę urodzić. Tak się wyraził.
W sumie na początek trafiłam na salę zabiegową, jak już wgramoliłam się na łóżko, położna stwierdziła że musi mnie zbadać. W czym miała problem bo gdy przyszło co do czego to mnie to „badanie” ch*** bolało, więc zawołała drugą położną i powtórka. W końcu jakoś jej się udało i z kolei ona stwierdziła, że rozwarcia jest kiepsko na 3cm (i bądź tu człowieku mądry) i że pęcherza nie da rady przebić jak na razie. Podłączyły mnie do kroplówki i kazały spacerować. Może po godzince miałam kolejne badanie i lekarz przebił mi pęcherz. Wtedy dołączył do mnie mój M i był ze mną do końca za co będę mu dozgonnie wdzięczna.
Bodajże po kolejnej godzinie dopiero położyły mnie na właściwej porodówce. Znów badanie, rozwarcie takie samo, główka wysoko. Podłączyły mnie pod KTG, kroplówka nadal leciała... kazały mi leżeć i w razie skurczy NIE przeć. Czas leciał, a ja miałam coraz częstsze i silniejsze skurcze, żeby się powstrzymać od parcia krzyczałam (a raczej piszczałam i w cale nie tak głośno jak to stwierdził mój kochany M). Ból w tych momentach był nie do zniesienia, a jestem dość odporna. Lekarza przez ten czas na oczy nie widziałam. Położna też nas zostawiła i przychodziła tylko co jakiś czas spojrzeć na KTG i mnie zbadać. Nie pozwoliła mi się nawet na chwilę podnieść, a miałam bóle krzyżowe. Cały czas leżałam, a ból i skurcze były nie do zniesienia. Chyba po kolejnym badaniu stwierdziła, że możemy spróbować ale wątpi czy coś pójdzie. No i nie poszło, twierdziła że za krótko pre i znów nas zostawiła, dała mi jeszcze jakieś zastrzyki (nie mam pojęcia co to było). Po jakimś czasie znów to samo, badanie, próba i nic. W między czasie, miażdżyłam M jego dłoń i umierałam ze wstydu, jeśli chodzi o sprawy fizjologiczne, które „poszły” na łóżko. Bo położna moją prośbę o spacer do wc olała. I znów badanie, próba i nic. Ja już siły przeć nie miałam, a skurcze były coraz słabsze i krótsze. W dodatku już od godziny prosiłam o cesarkę i nic, lekarz zniknął.
Jakoś przed 19 przyszła druga zmiana J
I to jest inna bajka... pani bardzo miła. Gdy wspomniałam, że chciałabym na chwilkę się podnieść. To od razu leciała do mnie i M. „Tu Pan żonę podtrzyma”, „a to może poprzemy troszkę w tej pozycji”, „może się państwo przespacerują do toalety” itp. Następne badanie główka niżej, rozwarcie pełne i przemy. Niestety ja już byłam wykończona i skurcze były za słabe i krótkie. Pojawił się lekarz. Najpierw panie położne przy skurczu próbowały mi wypchnąć dziecko poprzez nacisk łokciem i sobą. Nikomu nie polecam, ból straszny i krzywda może się stać matce i dziecku. Było już główkę widać i wtedy decyzja lekarza o „pomocy”. Chciał wyprosić M, ale ja go nie puściłam. Dostałam wtedy miejscowe znieczulenie (co nic nie dało). Nacięcie, skurcz, parcie, kleszcze i jest Emilia z nami o 19.30.
Jak już zabrali Małą (3700g i 57cm 10pA), a wcześniej jeszcze położyli mi ją taką brudną na brzuchu w ręcznikach szarych papierowych?! zgroza, to łożysko też mi „wyciągali” i w dodatku było stare i pytali czy pale, bo było w takim stanie. Ja na to, że nie i oni sami nie wiedzieli od czego takie może być. Jeszcze na koniec szycie, gdzie lekarz stwierdził, że nie może mnie to boleć i dodatkowo założył mi dren. W trakcie szycia, dali mi jeszcze Małą już czystą i pytali czy jestem w stanie zająć się nią. Położna za mnie odpowiedziała, że nie. Wózek i do łóżka.
Uh w sumie jak patrzę na to co napisałam to nie oddaję tego wszystkiego co czułam w tamtych chwilach i nie wygląda to chyba aż tak źle jak ja to widzę.
[FONT="]Co nie zmienia faktu, że tak szybko nie zdecyduję się na kolejne dziecko i M też nie chcę w tej chwili żebym przechodziła przez to drugi raz. Poczekamy zobaczymy. [/FONT]