No to na szybko..
Wstałam rano w poniedziałek, umyłam włosy, wysuszyłam, wyprostowałam..
Miałam nadzieję, a wręcz pewność na parę "stres- kup", dzięki którym pojechałabym "pusta" do szpitala..a tu nic.. i jakiś dziwny spokój..
Po 7 wyjechaliśmy, w Bydgoszczy byliśmy o 8:30.
Ja dalej luz..aż dziwne.
Na przyjęciu spotkanie z moim lekarzem prowadzącym ciąże, szybka wizyta na fotelu a potem papierologia z położna.
Na początku mało przyjemna, ale potem się jakoś zrobiło milej.
Gin każe wskakiwać w piżamę i kapcie i jedziemy windą na pierwsze piętro na trakt porodowy.
Wprowadzili mnie do jednej z salek, na szczęscie był już tam mój mąż - dotarł inną drogą.
Gin nagle do położnej, proszę jej podłączyć KTG i oxytocynę na dwie łapki, niech się macica pokurczy i szyjka trochę skróci.
Mi szczena opadła..zwłaszcza jak słyszałam stęki i jęki babek leżących obok w salkach też podłączonych do kTG i oxy.
Trochę się wystraszyłam, ale szybko mi przeszło..no bo jakie inne wyjście mam.. ale dzięki temu nagle poczułam potrzebę i skorzystałam z WC co mi ostatecznie ulżyło hehe
Położna na początku nieprzyjemna, ale ją trochę zagadywałam i wyluzowała.
Powiedziała, że doktor sam ma se oxy podłączyć "na dwie łapki" i że mi tego nie zrobi hehe więc podpięła mnie po prawą tylko.
Pierwszy wenflon w życiu..pierwsze KTG, mąż na krzesełku obok, siedzimy i tak nam mijają prawie 2 godzinki.
Skórcze ostatecznie miałam na 40 % nie wiem czy to mało czy dużo ale nie bolało mocniej niż okres a gin był i tak pozytywnie zdziwiony.
Za chwilę założyli mi pierwszy cewnik w życiu, mało przyjemne uczucie, szczypało cały czas i się tylko bałam, że nie przestanie i będe tak pies wie ile to znosić.. Położna za chwilę schyliła się do woreczka i zebrała mocz do badania a ja se myślała "kurde jakim cudem przecież nie robiłam siku

".
Za chwile każe mi wstać, więc wstaje i idę a ona "A buziaczki mężowi?"
Ja w szoku, bo nie myślałam, że idę na salę cięcia więc szybki i w sumie byle jaki cmok i idę z tą kroplówką i workiem moczu w ręku.
Sala wielka, chłodna.
Stoi już pełno ludzi w niebieskich fartuszkach i maskach na twarzy.
Wcale na mnie nie patrzą.
Dziwne uczucie.
Łóżko na środku, podchodzę- przychodzi jeden z zamaskowanych, przedstawia się jako Pan Anestezjolog.
Że mam se tu wskoczyć, potem, że mam się usiąść i mocno pochylić bo on będzie znieczulał skórę a potem poda znieczulenie zewnątrzoponowe.
Zastanawiałam się, jakim cudem mam na siedząco, z wyprostowanymi nogami i wielkim brzuchem pochylić się do przodu ale jakoś się udało.
Poczułam uszczypnięcie a potem już nic.
Kazał się szybko położyć i mówić jak mi się zacznie robić ciepło w nogi.
Przyszedł mój gin, zaczęli mi malować brzuch, podłączać wszystkie aparatury a ja se majtałam stopami czekając na cokolwiek.. nagle poczułam mrowienie i sztywnienie i przestałam czuć cewnik haha to było zbawienie.
Gin się upewnił czy na pewno nic nie czuję i zaczął cięcie.
Dziwne to było bo myślałam, że ja NIC nie będe czuć. A ja owszem nie czułam bólu ale każde naciśnięcie, oparcie się ręką o moje udo itp czułam- troszkę inaczej se to wyobrażałam, ale spoko.
Nie trwało to długo jak zaczęli mną szarpać na prawo i lewo, pocić się i wyginać aby przez to małe nacięcie wyjąć Pindzie.
Słyszę "wody ok, pępowina ok", a za chwilę krzyk dziecka, Pindzia w powietrzu z rozłożonymi rączkami i nogami.
Śliczna, czysta, różowiutka.
Wydawało się, że to nie moje dziecko, że wyjęli ją gdzieś spod stołu hehe przecież nic nie czułam.
Zaraz ją położne wzieły w łapki i obok na stole wycierali ją itd itp a ona płakała ale chwilkę po czym się uspokoiła.
Dostała 10 punktów słyszę, podeszli do mnie żebym ją ucałowała w czółko i zniknęły z nią.
Ja leżałam zszokowana na maxa..totalna pustka w głowe.. "ja Cię kręcę to była moja córka"..
Leżałam tak otępiała natłokiem myśli aż zaczęło mi się robić mało przyjemnie.
Jakby kłucie w klatce, jakby brak możliwości złapania powietrza w płuca.
Zaczęłam oddychać przez usta..patrzyłam co jakiś czas na monitorek jakie mam ciśnienie i jakie tętno bo jak ten stan się zaczął przedłużać to się już przestraszyłam że kipnę na tym stole haha
Ale patrzę anestezjolog znudzony siedzi, babka pod aparaturami zerka se na swoją komórę..Nikt nie wzruszony.. Hmm..
Za chwilę słyszę mojego gina, proszę napisać "torbieliki na jajowodach" i do mnie z uśmiechem- "załapie się Pani jeszcze na gratisowy zabieg".
Myślę, se spoko.. sprzątali tam te torbiele i sprzątali.. a mnie wciąż słabo..
Za chwilę znowu słyszę - "proszę napisać żylaki odbytu i żylaki (coś tam)".
Zdziwiłam się- pytam "a skąd to?" A on że " a no nic, taka uroda".
Po chwili do mnie dotarło, na jakim odbycie? to gdzie on mi tak grzebie? hehe
Wtedy uświadomiłam sobie jak oni mu muszą w tych flakach przewracać..
Po czasie wreszcie skończyli, zaczęli mnie szyć a mi się zrobiło lepiej..
Za chwilę wjechało łóżko, przenieśli mnie i wyjechałam na łózku, pod salą zobaczyłam męża z przestraszoną miną, który razem ze mną "pojechał" na salę po operacyjną.
Doczepili mnie do aparatury, masę kroplówek i tak sobie "siedzieliśmy" razem parę godzin, zszokowani ale szczęśliwi a Michał to na mnie patrzył tak, jakby mnie widział pierwszy raz w życiu..
Co jakiś czas biegał zobaczyć małą i zdawał mi relację, robił zdjęcia telefonem.
Mała sobie grzecznie spała.
Raz na jakiś czas jakieś dziecko darło się w niebogłosy a wtedy Michał szedł zobaczyć czy to nie nasza Mała tak ryczy.
Potem patrzę a on jedzie z jakimś łóżeczkiem, a to nasza Pindzia.
Niewiele ją widziałam niestety z takiej pozycji i strasznie mnie to irytowało, ale była, spała cichutko, a to było najważniejsze.
Mogłabym tak opowiadać i opowiadać jak widzicie hehehe ale to może zostawie resztę na "odcinek nr.2".