Przed nami wyzwanie by nasze obecne Maluszki wychować tak by to się w społeczeństwie zmieniało byśmy po prostu zwyczajnie byli bardziej życzliwi dla innych ludzi.
Ja po studiach pracowałam rok w stanach- pierwsza praca nie miałam styczności z językiem polskim i rodakami, pomogło mi to bardzo podszkolić angielski a rodakow spotykałam tylko na mszy niedzielnej w polskim kościele. Drugi pobyt - praca wśród rodaków - nie powiem byli życzliwi i pomagali bo np pracowaliśmy w innym stanie i jeździłam na zmianę z chłopakami ich autami . Tylko ze stany to inna rzeczywistość i inne problemy.
Później blisko 10 lat w UK i tu już całkiem inna sytuacja. Myślę że dlatego że w Anglii jest dużo więcej rodaków tak bardzo widać to o czym piszecie- każdy nawet bez zawodu i języka może tam wyjechać i przenosi się to co najgorsze a jeśli żyje się w tych dzielnicach co rodacy to niestety jest tragedia. Alkohol dopełnia niestety to co najgorsze- weekendowe pijaństwo i niestety zaniedbanie dzieci. Dlatego się dzieci polskie odbiera bo tym bardziej emigranci są na cenzurowanym. To co w Polsce jeszcze może umknąć przed pomocą społeczna to tam nie przejdzie. Oczywiście są też Polacy wykształceni z dobrą pracą i pnący się czasem od niskich stanowisk.
My mieszkaliśmy w Szkocji więc mniej jest Polaków no może poza większymi miastami typu Edynburg , Glasgow czy Aberdeen gdzie jest spora populacja. Nasze miasteczko około 10tys mieszkańców i pojedyncze polskie rodziny, my sami pomogliśmy chyba 12osobom przyjechać i się urządzić. Większość po kilku latach się dorobiła trochę i wracali do kraju ale była pełna kultura. W Szkocji to lokalni mają problem z piciem bo już w piątek wieczorem każdy pub jest pełen ludzi i to nie tylko młodych ale i starszych taki mają sposób bycia że cały tydzień pracują a potem do pubu się napić. Młodzi to później mają co opowiadać w poniedziałek jak to im się film urwał.
Imprezy w domach to raczej bardzo rzadko spotykane.
Tylko ze tam są ludzie bardziej życzliwi, uśmiechnięci mimo czasem paskudnej pogody

. Moja córka tam wychowana przez pierwszych 7lat życia miała problem w polskiej szkole - tam chodziła 2 lata do nursery i 2 lata do szkoły, mała szkoła około 130dzieci i nie było problemu żeby maluchy bawiły się ze starszymi z klasy 7 - czyli dzieci po 12 lat a maluszki od 4,5-5lat w klasie 1. Miłe dla siebie i gdy szliśmy na spacer to co chwilę - hi , hello i to właśnie te starszaki. Oni każdą przerwę spędzali na dziedzińcu szkoły chyba że był mróz albo duży deszcz to wewnątrz i po prostu biegali, grali w gry i się bawili więc się znali.
Tutaj poszła do 2 klasy, mała klasa, szkoła prywatna i szok, nie mogła zrozumieć dlaczego ktoś kto jej nie zna jest dla niej niemiły- na swietlicy "spadaj" czy "co się gapisz" . Była po prostu nieszczęśliwa i nie rozumiała tego braku życzliwości i też jakieś przejawy agresji czy odrzucenia nie tylko do niej bo była nowa ale do innych też. Długo idealizowała wczesniejsze nasze życie tam ale z czasem pogodziła się z tym jaka jest sytuacja tutaj.
Zwyczajnie ludzie są mniej życzliwi i często niestety agresywni, nie wiem czasem z czego to wynika bo zapewne każdy ma inne, swoje problemy. My staramy się być życzliwi, pomocni i wyrozumiali, tego uczymy w domu i mam nadzieję że z czasem będzie się zmieniało na lepsze w naszym bliższym i dalszym otoczeniu.
Przypomniała mi się sytuacja sprzed 3tyg z biedronki- byłam z Młodym choć właściwie nigdy go nie zabieramy do sklepu ale akurat musiałam kupić kwiatki dla nauczycielek na dzień kobiet . Duze kolejki do 2 kas a ja od razu w takiej sytuacji pytam głośno - "przepraszam czy można otworzyć następna kasę " - tak już otworzymy odpowiedź, no i szok, mimo że stałam przed otwieraną kasą to 3 osoby się na chama wcisneły , stałam więc z Młodym i tymi wszystkimi bukietami i po prostu nie mogłam uwierzyć własnym oczom


, szok.