witam wieczornie
Z mamą niestety jest źle. Nie wiem czy pamiętacie ale jak byłam w ciąży z Maćkiem miała udar, po którym nie wróciła już do sił. Była w takim stanie, że musiała mieć opiekę 24 h. PRzez pewien czas mieszkała z nami, niestety musiałam wrócić do pracy i nie mogłam się nią dłużej zajmować. Znaleźliśmy jej dom opieki, w którym do teraz przebywała. Po przenosinach do Gda, tam też szukaliśmy w końcu się udało ale niestety stan mamy się pogorszył w grudniu. Lekarz powiedziała, że musi nabrać sił, żeby mówić o transporcie. A ona za bardzo nie chciała ani lekarstw jeść, ani jedzenia ani pić. Miała podłączane kroplówki, ale niestety odwodniłą się i dostała dużej anemii. W końcu nie byli w stanie jej wkłuć kolejnej kroplówki, bo żyły zaczęły pękać. No i poprosili o pomoc pogotowie. Lekarz nie chciał zabierać jej do szpitala, ale pielęgniarka go uprosiła, a że młody był, więc jeszcze nie wypalony. A w szpitalu okazało się, że to tylko wierzchołek góry. Badania wykazały jakiś stan zapalny w jamie brzusznej, coś nie tak ze sprawami kobiecymi i nerkami. I właściwie lekarze nie wiedzą co jej jest. Czy to jakieś zakażenie czy nowotwór. Mają ponawiać badania. W każdym razie lekarz prowadzący powiedział nam dziś, że on raczej nie sądzi, że mama wyjdzie ze szpitala i że to jest kwestia najbliższego tygodnia. Jak ją zobaczyłam z tymi wszystkimi rurkami i widać było, że ją boli, to chciałabym dla niej, żeby się jak najszybciej to cierpienie skończyło, skoro faktycznie ma tak być. Najgorsze to patrzeć na ból bliskiej osoby. A ja moge tu zostać najdalej do niedzieli. M musi wracać do pracy, a samej mnie przeciez nie zostawi. Dół jednym słowem. powinnam teraz przygotowywać sie do porodu a planuję pogrzeb. Ot ironia losu.