Prawda jest taka, że luteina jest pomocna tylko wtedy, kiedy u kobiety stwierdzono niedobór progesteronu - jeżeli płód ma wady genetyczne (a chyba to jest najczęstszą przyczyną poronień) nie pomoże ani luteina ani żadne zastrzyki. Ilu lekarzy zleca badanie poziomu progesteronu? Niewielu, przepisują luteinę czy duphaston ot tak, bo w sumie nie zaszkodzi.
Ja też brałam w poprzedniej ciąży luteinę, ale głównie chyba po to, żeby się lepiej (bezpieczniej) poczuć psychicznie. Ginekolodzy na zachodzie twierdzą, że nie ma żadnych badań dowodzących, by luteina w jakikolwiek sposób pomagała w utrzymaniu ciąży. A z leżenia plackiem (wciąż zalecanego przez niektórych gin w Polsce) wręcz się śmieją - mowa tu oczywiście o I trym.
Oczywiście ja się bardzo cieszę, że mamy możliwość tak szybko pójść na usg i mieć wszystko pod (złudną) kontrolą. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to pomyślcie ile my wydajemy na to pieniędzy - wizyty, leki, bety, a każdy uczciwy lekarz przyzna, że w I trym w 95% przypadków nie da się zrobić nic.
Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, kiedy kobieta roni po raz 2, 3 z kolei - wtedy i na zachodzie takie ciąże są monitorowane od początku i traktowane już inaczej.
I jeszcze jedna rzecz - w Polsce lekarze (a przynajmniej ja mam takie doświadczenia) zamiast na początku ciąży czy po pierwszym poronieniu zlecić badania hormonalne mówią "zdarza się, tak bywa". Wolą potem leczyć (luteiną czy zastrzykami) kolejną ciążę niż zapobiegać poronienim stabilizując zaburzenia hormonalne u kobiet.
Ja po poronieniu od swojego lekarza, u którego prowadziłam ciążę usłyszałam, że "niestety tak się zdarza". To samo powiedzieli mi później w szpitalu, potem lekarz w przychodni się powtórzył, a następnie kolejny lekarz, do którego poszłam prywatnie. Nikomu nie przyszło do głowy zainteresować się moimi hormonami (pakiet wszystkich badań hormonalnych jest bardzo drogi, a ja nie wiedziałam od czego zacząć, więc uwierzyłam w to ich "bywa"). Na problemy z tarczycą nakierowała mnie dopiero moja lekarz rodzinna i okazało się, że faktycznie. I dopiero ginekolog, u którego prowadziłam ostatnią ciążę i będę prowadzić również tę już na pierwszej wizycie skierował mnie na tsh, ale wtedy byłam już pod kontrolą endokrynologa - jednak mimo wszystko i on monitorował moją niedoczynność przez całą ciążę.