wiecie co? tak sobie siedzę i myślę (jakiś ten dzień jednotematyczny u mnie

), co jest w końcu tak naprawdę ważne w "finale"... na pewno opieka nad noworodkiem (u mnie w okolicy wybitnych nie ma, wszystkie na poziomie przyzwoitym raczej;/)
potem co? fachowa pomoc położnej i zdecydowanie lekarzy chyba? bo nie mogę znieść myśli, że bylibyśmy z maleństwem katowani porodem sn nie wiadomo jak długo na darmo, a i tak zakończyłoby się cc...
osobiście bardzo liczę na pomoc w opiece nad dzidzią (w sensie instruktażowym), bom zielona jak szczypiorek w maju...
ludzkie podejście do rodzącej...heh, lubię pomarzyć

))
naprawdę jestem ciekawa, jak to z tym bólem jest... wiadomo, że przeżyć się da, bo parę miliardów nas na świecie jest... podobno się zapomina, jak się zobaczy malucha... ale bez tego przeklinanego przecież ogólnie bólu niby ta miłość macierzyńska nie jest tak ogromna, niby nie czuje sie tej więzi z maleństwem...a ja zastanawiam się, jak to jest, że niektóre kobiety przyznają się, że mając kilkunastoletnie dzieciaki, do dziś patrząc na nie, wspominają tamten koszmarny ból... a ja bym tak nie chciała...;/;/;/
ależ ja marudzę dzisiaj... ale ta koleżanka która dzisiaj rodziła poradziła mi od razu jak odebrałam, żebym szukała jakiegokolwiek sposobu, żeby "ulżyć sobie"... ehhhhhhhhh, dobra, zawieszam temat do odwołania

))