a ja myślałam, że wszyscy wiedzą że jak kobieta zjadła parówkę w ciąży to będzie syn
A może po siusiaku za każdą parówkę


Dobrze, że nie usiadłam do kompa kilka godzin temu, bo taaaaaaaaaka byłam wściekła








, że chyba bym nawet ten komputer pogryzła. A tak już mi trochę przeszło...
A było tak: porządkuje te graty, lwią część roboty, którą miał zrobić M już skończyłam, gdy zaszczycił mnie pan swoją obecnością w domu. Zero komentarza, że robię za niego, nawet coś przebąknął czy by mi nie pomóc... Mówię, że w zasadzie nie ma w czym, bo już kończę. A potem że jeszcze wymyśliłam, żeby jeden z posiadanych tapczanów zostawić na holu (zamiast kupować specjalnie kanapę do siedzenia - przewidzianą w tym miejscu + stoliczek + drugi telefon; uzgodnione od przeszło dwóch lat). A on do mnie, że jak w takim razie ustawię ten telefon na stoliku, na co ja, że przecież tel. ma być powieszony na ścianie.
No i się zaczęło: że ściana z regipsu, że dopiero teraz mu o tym mówię (mówiłam o tym OD SAMEGO POCZĄTKU

), bo on myślał

confused

że tel. będzie na stoliku i wspornika w ścianie nie zrobił (a czy ja mam zamiar wieszać się na tym telefonie!?) i wielka afera, że znowu sobie wymyśliłam. Więc mówię mu, że po prostu na mnie nie słucha, bo od początku mówiłam, że telefon ma być na ścianie. I że zamontuję go sobie sama (bez żadnych wsporników i rozbierania ścian, które uznał za niezbędne - wariat normalnie).
I widzę, że się awantura kroi, więc mu mówię: jedź już do tego swojego kolegi (od wejścia do domu wściekał się, że nie może złapać zasięgu na komórce, żeby się umówić z kumplem - w końcu skorzystał z mojej - w tej samej sieci

), bo zaraz będzie niedobrze, a ja nie chcę się denerwować, bo to dla dziecka niedobre. A on dalej swoje i telefon mi odłancza i zabiera, nie wiadomo w jakich zamiarach (mamy dwa aparaty stacjonarne- piętro i parter), więc mówię żeby zostawił MÓJ telefon i jechał do tego kolegi. I dopiero nerwy - w końcu pojechał, z piskiem opon, zrył cały wjazd przed bramą.
No czy to jest normalne????? Jemu psycholog się należy albo nawet psychiatra jak woli, co już od lat powtarzam, ale słyszeć o tym nie chce. No naprawdę nie mam już siły do rozpuszczonego bachora. I on ma za chwilę być odpowiedzialny za nasze dziecko!? Ciemno to widzę...
Ależ się znowu wyżaliłam - komuś muszę - popędziłabym do sąsiadki, ale póki nie wyzdrowiałam w 100%, to wolę nosa z domu nie ruszać - dla dobra naszego i jej chłopaków.
...