Cieszę się ogromnie z każdego wypowiedzianego tutaj zdania. Cieszę się, że w ogóle chce nam się dyskutować. Dyskusja często budzi emocje. I dobrze! Jesteśmy zaangażowane, a to bez emocji obyć się nie może.:-)
Czytam wszystko co tutaj piszecie. I dochodzę do wniosku, że wątek być może powinien mieć inny tytuł... Bo wszak okazuje się, że wszystkim nam chodzi o to samo - o poród, który, choć nie pozbawiony bólu, zostaje z nami na zawsze jako miłe wspomnienie przyjścia na świat naszego dziecka. Bez względu na to gdzie się odbędzie - w domu czy w szpitalu.
I Ola bowiem, i Agata, i Sheeppy, i Pawimi, i ja w końcu - wszystkie chciałybyśmy rodzić z pomocą / asystą ludzi nam i naszym rodzinom, naszym dzieciom życzliwych. Z pomocą profesjonalistów, dla których jednak nie będzie to wydarzenie tylko kolejną pozycją raportu z dyżuru.
Nie chcemy pośpiechu, nie chcemy podawania żadnych specyfików bez uzgodnienia z nami, nie chcemy by nam się ktoś walił na brzuch, nie chcemy by nacinano nam krocze bez najmniejszej nawet próby uratowania nas od tego zabiegu i jakże, okazuje się, bolesnych jego następstw na długo po porodzie...
Zatytułowałam ten wątek
"poród domowy" jakby w opozycji do
"poród w szpitalu", ponieważ zdążyłam się zorientować, że w żadnym szpitalu, o jakim czytałam tutaj czy w jakichkolwiek innych miejscach, publikacjach, artykułach, poród nie odbywa się w przyjaznej dla kobiety i dziecka atmosferze, z poszanowaniem prawa kobiety do samostanowienia, do zachowania intymności, godności. Są kobiety, które są z porodu zadowolone, jednak często zadowolenie owo wypływa z tego, że... "już po". Kobiety opłacają położne, lekarzy (łamią więc prawo, bo wszak to korupcja, która w Polsce jest karalna, więc... nazwijmy to po imieniu, stają się kryminalistkami - powiedziałabym że "w afekcie") by zapewnić sobie minimum normalności, starają się "grzecznie" współpracować, nie "marudzić", ba!, nawet nie wtrącać! A potem mówią "jeden uśmiech dziecka i zapomnisz".
Dziewczyny... jest mi smutno, gdy o tym czytam, słucham... Przykro. Dlatego, że kobiety to znoszą tak dzielnie, ale i dlatego, że myślą że tak trzeba. Pocieszają się, wypierają mówiąc "ech, nie było tak źle" lub "nie ja pierwsza, nie ostatnia" itp.
A przecież wiem, że może być inaczej. O porodach, które są ważnym, bolesnym, ale nie traumatycznym wydarzeniem, czytałam m.in. na stronie
Stowarzyszenie "Dobrze Urodzeni" Niezależna Inicjatywa Rodziców I Położnych. Ale także słyszałam o takich np. od mojej siostry, która dwoje swoich pierwszych dzieci rodziła w Polsce, trzecie w Skandynawii. I wiecie? Ona, młoda kobieta, wychowana w Polsce i powtarzająca jak mantrę "nie ja pierwsza, nie ostatnia" była za-że-no-wa-na opieką w Skandynawii w normalnym, państwowym szpitalu. Zażenowana ponieważ sądziła, że "za bardzo" się nią opiekują, że takie ciepło i troska jej się "nie należy", że przecież ona "tylko rodzi". To tak, jakby komuś kto przez wiele lat dostawał wyłącznie chleb ze smalcem podany na gazecie, nagle dano chleb z masłem i szynką, do tego ciepłą zupę i jeszcze na dodatek deser, a wszystko razem podane na nakrytym obrusem stole. I ta osoba z niedowierzaniem pyta "Boże! To naprawdę wszystko dla mnie? Ale ja tyle chyba nie zjem. I ja się boję, że i ten obrus poplamię..."
Zupełnie naturalnie zaczęłam myśleć o porodzie w domu. Nie dlatego, że jestem przeciwna postępowi nauk medycznych i szpitalom czy ich personelowi w ogóle. Ale dlatego, że w polskich szpitalach jesteśmy ciałem, nie ciałem i duszą. Jednością. Ponieważ widzę, że w Polsce wyłącznie w domu jest szansa na to, by urodzić przyjaźnie. By samej panować nad porodem. By osoba towarzysząca - położna - traktowała mnie jak równorzędną, a nawet ważniejszą część tego naturalnego i mojego w końcu procesu.
Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, czytać i dzisiaj... Dzisiaj, po tym co już wiem, ja się wręcz obawiam porodu w szpitalu. Z uwagi na mnie i na moje dziecko. Nie chcę takiego startu dla nas. Tak, wiem "nie ja pierwsza, nie ostatnia"... Nie jestem jakimś wyjątkiem. Nie czuję się lepsza od innych. Nie chcę być inaczej traktowana, wyróżniona (dlatego nigdy np. nie zdecyduję się na korupcyjne opłacanie lekarza czy położnej w szpitalu). Chcę po prostu by mnie, jako człowieka, jako kobietę, jako matkę szanowano. Chcę by szanowano moje dziecko. Na co dzień potrafię o to zadbać. Ale w szpitalu, gdy liczę się z tym, że będę słaba, wiem że może mi braknąć po prostu i siły i tchu, by używać rozsądnych argumentów i negocjować warunki "obsługi" między jednym a drugim skurczem.
W szpitalach inwestuje się w nowe technologie, w badania. A zapomina się o emocjach, o czynniku ludzkim. Psychologia jest zupełnie pominięta. Odnoszę wrażenie, że kształcimy rzemieślników medycznych, nie mistrzów. Nie włączę sobie "OFF" w mózgu idąc rodzić dziecko. Będę pewnie spocona, umęczona, może posikana, ale do diabła nadal będę czującym człowiekiem.
Dziewczyny, trzymajcie proszę kciuki, by mi się udało urodzić mojego maluszka, tak by ten dzień nie był dla nas czymś co trzeba zapomnieć patrząc na uśmiech dziecka.
Sheeppy, nie mam tymczasem namiaru na żadną położną w Poznaniu. Ale szukam. Będę coś miała to dam znać.
Uściski serdeczne dla wasz wszystkich! Dzięki za to że jesteście i że chce wam się powiedzieć coś więcej niż "nie ja pierwsza, nie ostatnia".
Hough! :-)
PS. Po załadowaniu widzę, że to jakiś mega kaliber postu mi wyszedł. Najdłuższy jaki w życiu napisałam!
