Po pierwsze, Kosmi już nam się gdzieś na wątkach wypłakała i zdaje się, że uleczyłyśmy ją ze złych przeczuć i pochwaliłyśmy fajnego nowego faceta.
Po drugie, dystrofia to choroba polegająca na niedożywieniu dziecka i nieprzystosowaniu go po porodzie do samodzielnego trawienia (tylko karmienie dożylne, gdyż nie wykształciła się flora bakteryjna przwodu pokarmowego). Mała urodziła się pawie o czasie z niską masą urodzeniową - 2.500 kg.,46 cm długości. Okazało się po porodzie, że w ósmym miesiącu ciąży obumarło łożysko i Wiwi żyła tylko dzięku wodom płodowym, które łykała. Tak więc już wiesz, że mamusia czyli ja poprostu głodziłam dziecko (miałam z tego ogromne wyrzuty sumienia gdy lekarz nie dawał jej żadnych szans na przeżycie). Już przy porodzie pediatra (bardzo dobry specjalista) wiedział z czym ma do czynienia. A była taka malutka i słodziutka, grzeczniutka i nic nie jadła przez całą dobę. Potem zaczęła krzyczeć i pielęgniarka ją nakarmiła kilka razy a rano brzuszek był tak wielki jak u napompowanej żaby - nie trawiła. Sprawdziły się przeczucia lekarza i zabrali mi dziecko. Po dwóch godzinach, po moim płaczu i rozpaczy lekaarz wytłumaczył mi, że tą chorobę można porównać do ludzi, którzy wychodzili z Oświęcimia i najedli się od razu w dużych ilościach konserw - wiadomo co było - poumierali. Przeżyliśmy koszmar przez tydzień gdy nasza córeczka walczyła o życie, po dwóch tygodniach dostaliśmy ją do domu. Później okazało się, że dzieci z jej wadą mają bardzo długo i niestety zawsze kolki. Więc Wiwi krzyczała 24 godziny na dobę - nic nie pomagało. Rosła jak na drożdżch - w 4 miesiące podwoiła swoją wagę (to bardzo szybko). Teraz jest słodką i niekiedy nieznośną pięciolatką. Żaden lekarz na jej widok nie powie, że kiedyś była tak bardzo chora.
Acha i jeszcze jedno, tą wadę mają często dzieci matek nałogowo palących papierosów - ja nie palę, dobrze się odżywiałam i tak naprawdę to nikt nie wie dlaczego tak się stało. Usłyszałam po wszyskim, że mamy ogromne szczęście gdyż u 50 % noworodków ta choroba kończy się operacją a 60 % z nich tego nie przeżywa. Płakać mi się chce jak to sobie przypominam.