Mój synek miał rumień. Zaczął się mniej więcej w 5 tygodniu. Pojawiał się tak jak pisałaś. Najpierw na twarzy, uszkach, potem we włoskach. To były takie różowe krosteczki, czasem z bialawym czubeczkiem (ale nie wszystkie), rano skóra wokół nich tworzyła czerwone place, mały wyglądał jak w łatki. Wieczorem wyglądało trochę lepiej. Kiedy krostki znikały, robiła się z nich jakby kaszka manna w kolorze skóry. Też myślałam, że to alergia. Przeszłam na dietę, ale nie pomogło, a było coraz gorzej. Trafiliśmy do dermatologa, który nam powiedział, że to rumień toksyczny noworodków, że na 100% pojawi się jeszcze na klatce piersiowej i brzuszku. I tak było. Lekarz powiedział też, że zniknie samo, kiedy mały skończy 2 miesiące. Zalecił tylko kąpiele w nadmanganianie i żeby nie natłuszczać. Tak robiliśmy i rzeczywiście zaczęło znikać kiedy mały skończył 2 miesiące. Kiedy została już tylko "kaszka" nawilżałam skórę kremem Emolium (nadmanganian strasznie ją wysuszył) i mam wrażenie, że to bardzo przyspieszyło regenerację skóry. Teraz nie ma już śladu.