missiiss nie dziwię się, że jesteś zła. Ja ponad miesiąc temu miałam nie miłą przygodę z panią doktor-pediatrą. Mojego syna strasznie bolało gardło, miał gorączkę, z pracy oczywiście nie mogłam się urwać, więc po skończonej jechałam jak wariat 20 km, wtedy były u nas wielkie deszcze, drogi pozalewane, wszystko się obsuwało na nie, masakra jakaś. Dojechałam z ledwością do domu, zabrałam syna i udałam się do lekarza. Byłam tam o 16.30, pani doktor stwierdziła, że przed chwilką siedziała bezczynnie, a jak ma wychodzić do domu to pełno ludzi, a nikt jej za nadgodziny nie płaci. Zaznaczę, że miała pracować do 17, więc miała jeszcze całe pół godziny. Ja z tych nerwów już nie wytrzymałam i trochę jej odpyskowałam. Delikatnie ją poinformowałam, że Ja też pracuję i jakbym mogła to bym przyjechała wcześniej, też nie raz siedzę po godzinach i pracuję tylko za najniższą średnią krajową i też mi nikt jeszcze godzin dodatkowych nie zapłacił. Z wielkim oburzeniem zerknęła, bo inaczej tego nazwać nie można, na gardło mojego syna. Stwierdziła, że go nie będzie badać, bo nie słyszy, żeby kaszlał. Byliśmy w gabinecie jakieś 2 minutki, zapisała antybiotyk i tyle. Wróciliśmy do domu, syn przebierał się i wtedy zauważyłam na jego ciele wysypkę. Myślałam, że w tym momencie siądę i będę ryczeć.
Po tej wizycie nie dziwię się, że w TV podają informację, że jakieś biedne dziecko zmarło, choć rodzice wcześniej byli z nim u lekarza lub na pogotowiu.
Ale się rozpisałam
