Wczoraj powiedziałam w pracy o ciąży, tak mi strasznie ulżyło, bo szef nawet to dobrze przyjął. Dzisiaj dzwoniła żona drugiego szefa. W jej głosie nie wyczułam radości, powiedziała mi, że ich bardzo zaskoczyłam i, że będę raczej musiała zostać do 20 października. Powiem szczerze, że siedzę własnie w pracy i mam łzy w oczach. Chce mi się beczeć. jestem strasznie już zmęczona, nie mam siły na siedzenie tutaj od rana do późnego popołudnia. A teraz jeszcze zaczął się rok szkolny i przedszkolny i gonię od wczoraj od rana. A jeszcze cały czas ten strach, żeby dzidzi się coś nie stało, bo w drugiej ciąży omal nie straciłam dziecka przez dźwiganie, a w tej pracy nie da się nie dźwigać. Poszłam im na rękę, bo już w sierpniu miałam dostać L4, ale nie chciałam, żeby nie zostawić ich na lodzie z dnia na dzień. To teraz mam za swoje. Mam już dość. A miało być tak pięknie. Najgorsze jest to, że jestem strasznie rozkojarzona, w końcu to normalne w ciąży i łapie się na głupich błędach, a w tej pracy tak się nie da. Tu bierzesz odpowiedzialność za wszystko, a szczególnie za pieniądze, które ludzie wpłacają, a nie jest ich mało. Jak Ja popełnię jakiś błąd, to Ja będę musiała oddać z własnej kieszeni. Odechciało mi się wszystkiego:-(